Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KSIĄDZ.

Ablowa może to ofiara! —
gdy mnie Kaimowe gną ciężary!
Tam gonić!... jak?

DZWONNIK.

A toć popatrzcie Dobrodzieju,
jako się już, jakoby z cudu!
po tem palącem dotąd niebie
rozbiegły chmurki, jak się mnożą
i deszcz się może puści.

KSIĄDZ.

Co on powiada? wrastam w ziemię
z trwogi.

DZWONNIK.

Toż radość; zwólże przecie raz;
ot Sołtys idą, sami sproszą.

(Wchodzi Sołtys promieniejący, — i staje przed księdzem ująwszy się pod boki. Od paru chwil słychać ode wsi, z różnych oddaleń niewyraźne okrzyki radosne, ho, hań, ho! ho!— które później coraz się zbliżają ku plebanii).

KSIĄDZ.

Niech mi się Sołtys stąd wynoszą
tej chwili, —
Wy nieposłuszni,
wy coście może,
chowaj Boże,
do Zbrodni dopuścili.