Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KSIĄDZ.

Wy mnie nie prawcie sądów leda,
nie wasze duszne sprawy —
we swoje mięszać się nie damy!

SOŁTYS.

Ano, Jegomoś, to nam bieda,
że wasze lepiej znamy.

KSIĄDZ.

Was o to zwołam, co się rwiecie
mnie sądzić proste chamy.

SOŁTYS.

Jegomość zaś ta z naszych przecie,
to wstyd nam naszej plamy.

KSIĄDZ.

Bóg was pokarze bezlitośni.

SOŁTYS.

Was słabość przedsię gubi;
toście na gębach ludzkich głośni,
we wsi was nikt... nie lubi;
ano po ludziach wciąż swarzycie
nakazujecie ostro, —
a któż was słucha?

KSIĄDZ.

Słuchacie skwapniej złego ducha,
zły duch wam mąci dusze.

SOŁTYS.

Wspomnij Jegomość, — ta Posucha,
co od dni tela suszy pola,
to co? — —