Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SOŁTYS.

Chwast ten u waszych roście progów;
rwać by go trzeba tęgą ręką,
bo jest ta dość tych głogów.

KSIĄDZ.

Mówicie o kim, — wy sołtysie?!

SOŁTYS.

O Kubie i o Kaśce.
Że to u Kaśki dziecko niekscone,
a Kuba się nie żeni —
ludzie gadają...

KSIĄDZ.

Wy znosicie

SOŁTYS.

Że sobie przykład od was wzieni.

KSIĄDZ.

Ostre to, cierpkie, gromkie słowo.

SOŁTYS.

Jak mi Bóg żyw, boleję,
że taką muszę gadać mową,
Bóg widzi, baczcie, źle się dzieje!

KSIĄDZ.

Wara wam do mnie, wy gromada!
Za moje, Bóg osądzi.

SOŁTYS.

Za cudze starszy odpowiada,
błądząc w dwójnasób błądzi.