Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/032

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    rodzajem takiego moralnego Don-Kiszota. W sercu pełno owej »starzyzny«, ale się jej wstydzi!... He, he! najpiękniejsze teorye mu się w nic rozprysną, gdy robak zacznie serce dzień i noc toczyć!
    HELENA. Zupełnie nie rozumiem, co pan chcesz powiedzieć.
    ZDŻARSKI. Otóż proszę pani, ta dama, z którą Mlicki się chce żenić, była dawniej już kochanką innego, a może i innych.
    HELENA (patrzy na niego osłupiała). Stefan wie o tem?
    ZDŻARSKI. Wie!
    HELENA. I — ???
    ZDŻARSKI. Powiedz mu to pani; może wobec pani uczuje wstyd... może, jeśli pani mu to powie, przeleci mu przez myśl, co czystość znaczy, co znaczy posiąść kobietę tak czystą... he, he... Zna pani Hamleta?... Stary Poloniusz ma racyę... Nawet ciekawość księżyca może tę czystość skazić!...
    HELENA. Czemu mi pan tego dawniej nie mówił?... (w wielkim niepokoju). I on o tem wie, i pomimo tego chce mnie opuścić — mnie — mnie, dla niej — co z rąk do rąk przechodziła... O mój Boże... mój Boże...
    ZDŻARSKI. Jeszcze nic nie stracone. Powiedz mu to pani. Pani sama musi to powiedzieć!
    HELENA (opada). Nie, nie. to się na nic nie zda. To