Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/024

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie). Dla pani to zrobię (zakłopotany). Pani tak uderzająco podobna do niej, mojej dawniejszej narzeczonej. Tak mi ją pani przypomina... (mówi cicho i szybko). Niczego nie żądam, straciłem wszelki szacunek dla siebie, nie wymagam go od innych. Pogardzam ludźmi, nienawidzę ich. Ale, ale są rzeczy, wobec których słabnę, serce mnie tak boli... i... i... (zacina się i wstaje). Co będę mógł, to zrobię. Tylko, tylko, że się nie da nic zrobić, absolutnie nic! Kogo ona pochwyci, tego nie puści... wyssie, odrzuci, ale nie puści... Człowiek na zawsze z nią pozostanie spętany... (nagle wybucha). Czy pani jeszcze Mlickiego kocha po tem wszystkiem? Ma pani jeszcze trochę dumy i rozsądku?
    HELENA (przerywa). Co panu rozsądek i duma w pańskiej miłości pomogły? Mój Boże, Boże! powtarzam sobie tysiąc razy, Stefan mnie nie kocha, kocha inną; niech idzie, niech będzie szczęśliwy, woła mój rozsądek, podłością go zatrzymywać, jeśli mnie nie kocha. A serce krzyczy ratunku, do nóg jego przyczepić bym się chciała, żeby nie odszedł. Niech bije, niech nogami tratuje, byle tylko pozostał! (chwyta się za głowę). O Boże, Boże, co teraz będzie? (do siebie). Co będzie, co będzie?

    (Pauza).

    (Gwałtownie). Pan mi musi pomódz. Pomóż mi pan,