Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/023

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    da, choćby się całą duszą oddała. Ilu ich już się w jej sieci zaplątało!... znałem jednego, który przez nią stał się — he, he, jakby to nazwać?... Ale pani nie idzie o przymiotnik. Był szczęśliwy i dziwna rzecz był także zaręczony... Spotkał ją przypadkowo — nie wiem w jaki sposób (zamyśla się). No, dość na tem, że uległ odrazu. Zajęła się nim bardzo, wabiła go ku sobie i odtrącała go, pozwoliła się nosić na rękach po schodach aż do drzwi mieszkania, a potem kiwnęła głową i powiedziała: Dziękuję. Wyobraź sobie pani, jaką głupią minę musiał ten ktoś zrobić. He, he, trzebaby widzieć młodzieniaszka z tą kapitalną miną!... Ninawidził jej do tego stopnia, że chciałby ją nieraz udusić, a czołgał się przed nią, błagał — raz nawet płatał! Ha! ha! Płakał jak dzieciak. Dziw, że sobie w łeb nie palnął... (tajemniczo z brzydkim uśmiechem). Raz nawet okradł swego przyjaciela...
    HELENA. Okradł?
    ZDŻARSKI. Najlepszego przyjaciela, żeby módz za nią pojechać! Podróż była kosztowna, bardzo kosztowna... sumienie się o kryminał otarło.
    HELENA. Czy pańskie?
    ZDŻARSKI. Tak — moje...

    (Pauza).

    HELENA. I niema sposobu, aby Stefana uratować?
    ZDŻARSKI. Co będę mógł zrobić, to zrobię (niespokoj-