Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Androgyne.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Czuł w sobie przepotężny, cichy, smutny, a zarazem niezmiernie jasny majestat śmierci.
I z wysoko podniesioną głową wyszedł za miasto.
Szedł za czemś, w czem mu cały świat pogrzebano, całe jego szczęście ukryto, jego przeszłość i przyszłość zakuto.
Szedł za kimś, co go wiódł za sobą, targał, szarpał — szedł chwiejnym krokiem, taczał się, chwilami padał, ale znów się zrywał, bo ktoś go ciągał za sobą, wlókł po ziemi, — a gdy padał, to wkręcał, wwiercał żelazny pazur w jego włosy i zrywał go z ziemi.
I znowu szedł wielkim, bolesnym krokiem jak ktoś, co już zastygł w bólu i wielkie, skamieniałe łzy niesie w swem sercu.
Nic już nie widział, słyszał tylko ciężkie stąpanie swych kroków, ciężkie, miarowe, jak gdyby był odzian spiżową zbroją: był wielkim wodzem, a stąpanie swe słyszał tysiąckrotnie, bo za nim szły tysiączne zastępy rycerstwa, w czarną stal okutego.
Szedł na czele po przez ciemne bory, a za nim rycerstwo z pochodniami.
Nie czuł już bólu, żaden smutek nie mącił mu duszy, słyszał tylko ustawicznie jej słowa, które mu dzień przedtem w godzinie cudu powiedziała, kiedy się coraz silniej i namiętniej do jego łona tuliła:
»Bo jestem pod taką gwiazdą urodzona, że ja jedyna mogę położyć koniec Twej królewskiej potędze, bo jestem sama jak zbłąkana gwiazda, co się stopiła w żarach Twego serca...«
Powtarzał bezustannie w swej duszy te słowa. Zdawało się, że słowa te, to jej drobne białe ręce, jej ręce, gdy wtulał w nie swą twarz, i czuł na