Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Teatr.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i bebechów, musiałaby się zmienić w istotne pragnienie chociaż cząstkowego przyczynienia się do faktycznego stworzenia całości, w zupełnie innych od życiowych wymiarach, a nietylko w pragnienie odtworzenia, udania kogoś, o którym ktoś drugi nie dyskretnie napisał, do czego sprowadza się ostatecznie »przeżywanie« à la Limanowski. Mimo całego braku znawstwa teatru, który można nam zarzucić, wierzymy, że istota tego co powiedzieliśmy jest słuszna, oczywiście z formalnego punktu widzenia, a rzecz sama jest zupełnie wykonalna. Przypuśćmy, że na pierwszem przedstawieniu będą ludzie faktycznie ryczeli ze śmiechu, szukając tego sensu, który zawsze przywykli w teatrze znajdować i który ich au fond znudził już do głębi. Możliwe jest, że wyrafinowani znawcy i teatromani będą krzywili się z niesmakiem lub głośno wymyślali. Ale sądzimy, że po pewnem, czysto zewnętrznem, otrzaskaniu się z samą powłoką rzeczy, możnaby w tego rodzaju przedstawieniach znaleźć daleko większą przyjemność niż we francuskich farsach, od których chce się już wprost rzygać, w dramatach o »prawdzie« tak wielkiej, że przechodzących w prawdziwości samo życie, i wzniosłościach, chodzących na szczudłach, lub różnych specjałach »odrodzeń«. Nie chcemy tu bynajmniej odwartościowywać wielkich arcydzieł epok mininych. Tylko czy nie czas przestać powtarzać to wszystko, co w swej najdoskonalszej formie dawno już zostało stworzone? Kultywować rzeczy dawne z należytem odczuciem ich istoty, i to tylko rzeczy pierwszorzędnej, przez wieki uświęconej wartości, a z drugiej strony puścić się na bezkresne, (przynajmniej pozornie) morze eksperymentu — oto co proponujemy. Tak jak w wymiarach przedmiotu, z punktu widzenia życia niezdeformowanego, nic już do stworzenia w malarstwie nie było, oprócz bezmyślnego naturalizmu, który przypominał walenie głową