Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Teatr.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mają zdania Wata na równi ze zdaniami genjalnych, do niedawna jedynych wierszy polskich; »W mroku gwiazd« Tadeusza Micińskiego. To krzepnięcie wizji — formalnej, a nie lepienie z trudem zdań z kawałków, odczuwa się wybitnie w twórczości Wata.
Po otwarciu wrót kończy się jakby obraz w trójmiarowej przestrzeni. Widzimy jakby płaski gobelin, na którym przedstawiona jest bajka. Gobelin zaczyna się ożywiać i całość kończy się zdaniem rozwiązującem wszystko i wspaniałem jako obraz i zakończenie muzyczne: »i pchnięty stoczył się bezdźwięcznie przez kwadratowy otwór w skarbce trzynastu rozbójników«. Jak utwory muzyczne, kończące się nie na tonice, poprzedzonej nutą charakterystyczną, tylko rozwiane w sposób nieokreślony, definitywnie kończy się cały ten literacki bitelot zdaniem rozkołysanem i wyrażającem coś zamierającego w sposób łagodny: »NAKŁADANO NA RĘCE RÓŻANE KAJDANKI«, połączone z wizją kolorową w tonach czarno-zielonych, różowych i woskowych. Nie wchodzę tu w analizę samych zdań, które, podobnie jak zdania Tadeusza Micińskiego, posiadają zupełnie odrębny od zdań innych autorów charakter. Analiza gramatyczna przechodzi moją kompetencję. Ale muszę zaznaczyć, że badaniem konstrukcji zdań nie zajmują się zupełnie nasi krytycy. Ich zajmują »ideje« i wewnętrzne »załamania i wzloty« autorów.
Weźmy inny przykład: zdanie kończące kawałek p. t.: »Pomyłka niebios«, równie należący do I części, to zdanie od którego faktycznie pęknąć można ze śmiechu, pomijając jego czysto artystyczną wartość. Trzymajcie się:
»Ukojenie przypadkowo spłynęło na przyjaciela Benvenuta Cellini, gdy z przerażenia wyfajdał się (sic) w krzewach źrałych, złocistych jagód«. Po pierwszych dwóch częściach tego kawałka, pełnych czegoś zdu-