Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Teatr.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wodem rozszerzenia teorji i wprowadzenia nowych zasad.
Teoretycznie niema złych i dobrych słów jako takich. Wszystko zależy od ich wzajemnych stosunków wewnątrz zdania i od stosunku tych zdań między sobą, a wszystkiego razem do działań wypowiadających je osób, w związku z formalną ideją utworu. Chodzi mi nie o stworzenie nowych kryterjów, tylko o zasadniczo nowy (przynajmniej w krytyce) stosunek do dzieła Sztuki. Nawet słowa nowe, wymyślone czy wynalezione, słowa o nieokreślonem znaczeniu, mogą mieć swoje konieczne miejsce, jako element »dynamicznego napięcia« w danem miejscu danej sztuki. Oczywiście są pewne granice subjektywne, poza któremi wytrzymać już nie można. »Namopanik« A. Wata przechodzi np. moje granice osobiste, a kombinacje pojęć i obrazy jego »Mopso-żelaznego piecyka« — nie. Mogę to uzasadnić, ale z czysto-artystycznego punktu widzenia, nie implikując pojęć: przyzwoitości towarzyskiej, moralności, etyki, prawdy życiowej, tradycji, konieczności »myśli« w poemacie i t. p., które to pojęcia są balastem niejasno sformułowanych systemów krytyków wszystkich obozów, z wyjątkiem obozu estetycznego, bo taki nie istnieje zupełnie. Oburzać się można na wszystko i dowodzić powodów swego nieuznania danej rzeczy, byleby to było w sferze artystycznego pojmowania, a nie polegało na tem iście djabelskiem pomieszaniu dwóch stanowisk: artystycznego (formalnego) i życiowego, które czyni krytykę nierozplątanym koszmarem niejasności i sprzeczności.
Weźmy dla przykładu słowo »tłamsić«, które wcale dystyngowane nie jest, Zostało ono »lansowane«, jak wiele innych, przez mistrza języka tej miary, co Stefan Żeromski. Można o nim powiedzieć równie dobrze jak to się mówi o moich słowach, że jest ono