Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/76

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


w abstrakcji od papy, kochanków i całego świństwa mojego życia.
— Tak nie można, córko. Pozujesz i tem peszysz mnie, mówiąc popularnie. Jedyna rzecz, której się naprawdę wstydzę, to fałszywy patos u kogoś. A po drugie, to jest właśnie błąd twój: ta chęć uniezależniania poznania od zasług życiowych. Nie można oddzielać etyki od metafizyki. Życie twoje musi się zmienić, a wtedy poznasz prawdę ostateczną, staniesz się tej prawdy godną. Jeśli nie znasz jej dotąd, to, przy twoich umysłowych danych, jest to winą tylko twego życia, a nadewszystko pewnych uczuć, które, zamiast pokonać, hodujesz, jak te obrzydliwe kwiaty w cieplarniach twego ojca.
— Mogę to zrobić, ale tylko jako eksperyment, bez żadnej wiary w jego skuteczność. Pewne uczucia można zabić, zabijając jednocześnie siebie.
— Rób co chcesz, bylebyś zaczęła. „Zaczynajcie, Bóg dokończy“ — nie pamiętam kto to powiedział. Ten sposób samobójstwa będzie napewno lepszym od tego, którego używałaś dotąd. A jako cel ostateczny: zbawienie wieczne.
— Banalne postawienie kwestji, jak na słynnego księdza Wyprztyka. Mam wrażenie, że twoja ustępliwość, ojcze, twoja wolnomyślność, powiem nawet myślowa rozwiązłość, jakiś prywatny modernizm, to tylko metody złapania mnie, raczej osaczenia.
Ksiądz Hieronim opanował odruch gniewu wewnątrz peryferji swego olbrzymiego ciała i twarz nie drgnęła mu nawet.
— Nie będziesz mnie analizować, dziecko — mówił łagodnie. Nie starczy ci sił, mimo całego żydowskiego przemądrzenia. A nadewszystko nie wystarczy wyrazów, nawet gdybyś coś tam czasem odgadła.
— Co za pogarda! Ach, ty, chamski goju, wyprztyku, niedorosły do kostek idejom, którym służysz! Ty,