Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział II

NAWRÓCENIE I POJEDYNEK


Była 9-ta rano, gdy Józia Figoń otwierała drzwi od sypialni Heli Bertz, wpuszczając tam, jak kota do pokoju, w którym jest szczur, księdza Hieronima Wyprztyka z Zakonu Paralelistów, doktora teologji i profesora Najwyższej Dogmatyki na uniwersytecie tu i w dalekiej Antjochji. Ojciec Hieronim był to wysoki, (na 2 m. 10 cm.) chudy blondyn, z olbrzymim orlim, skrzywionym na lewo nosem. Nie miał w sobie nic klasztornego. Jedynie dla nadania osobie swej większego znaczenia jako łowcy dusz, wstąpił do misjonarskiego zakonu. Tylko niebieski pas na czarnej sutannie zwiastował w nim Paralelistę. Pochylił się naprzód, wyciągając szyję, jak kondor i starał się przebić swym świdrowatym wzrokiem półmrok dusznej sypialni. Zapach kolacji (dobrej), perfum z leśnej jesiennej, gencjany i jeszcze czegoś... („Ha — już wiem“, pomyślał) — tak: subtelny zapach „orgji cielesnej“, jak się wyrażał — podrażnił jego czułe nozdrza mikrosplanchika i niedoszłego schizofrenika. W chwilach takich: obowiązkowego zbliżenia się do rzeczy niedozwolonych, ksiądz Hieronim „nasycał się najbardziej rzeczywistością“. Określenie to znane było w kołach pewnych narkotystów i jeszcze jakichś „istów“ życiowych, pomiędzy których zabłąkało się paru jego uczni, z czasów kiedy był katechetą, czyli jak mówiono, cierpiał na katecheksję.