Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/422

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Atanazy, bo przecie zupełnym durniem nie był — a jednak stan bezpośredni trwał, urągając wszelkim myślom. Czyżby naprawdę wypaliło się w nim zło? Wszystko to były złudzenia — ostatnie już, czyż to nie obojętne? Przechodzili przez tor kolejowy. W dali migały czerwone i zielone sygnały stacji i semafory wznosiły swe rozszczepione wierzchołki, jak ręce, wołające o pomstę do nieba. Z hukiem głuchym i nieregularnym stukotem kół na zwrotnicach przewalił się kurjerski pociąg, pełen ludzi zbytecznych, niewiadomo poco istniejących. Zapadł w szaro-fijoletową dal, błyskając jednem czerwonem światłem na ostatnim wagonie. Przejazd tego pociągu zamknął myśli Atanazego. Teraz mógł wytrzymać miesiąc, dwa, ile chcąc mimo, że nie miał nic do „zobaczenia co będzie“. Z Giną umówił się na dalsze spotkania w zależności od wyjazdów Tempego i pogody — o żadnem widzeniu się w mieszkaniu mowy być nie mogło.
Po dwóch tygodniach (2 razy byli z Giną na spacerze, ale mieli wrażenie, że obserwuje ich ktoś podejrzany) Atanazy postanowił się jednak zaziębić. Biegał szybko wieczorem, pił zimne piwo, spocony wykąpał się w strumieniu i nareszcie dostał bronchitu. 3 dni przeleżał w gorączce, poczem kaszlący strasznie udał się na komisję. Było ich trzy. W ostatniej znowu spotkał widmo przeszłości: doktora Chędziora, tego który asystował przy pojedynku jego z księciem i leczył go po zranieniu. Dzielny lekko-atleta prowadził jakieś kursy sportowe dla przemęczonych mechanizacją pracowników Tempego. Jakże mu zazdrościł, że nie jest kimś podobnym choćby do niego. Cóż za cudowna rzecz mieć specjalność, życie odtąd dotąd, ani kroku na prawo czy na lewo. Ale trwało to krótko — było zresztą zapóźno. O studjowaniu nowych praw nie mogło być nawet mowy. Zbadany dokładnie — przydały mu się jakieś stare zrosty w szczytach — opatrzony kartkami,