Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ści i sensu życia, raczej możności okłamania zniechęcenia i przesytu (tego najgorszego, który i w zupełnym niedosycie wystąpić może) czyli poprostu pokrycia kupy świństwa różnokolorowemi fatałaszkami dla marnej zabawy, mogącej kosztować czyjeś życie — o to, to nareszcie. Trwało to jeszcze chwilę, poczem rozeszli się wszyscy wściekli. Żałował Atanazy tego ranka, który popsuł się wskutek pospolitości i małoduszności otoczenia.
„Ambiwalencja, dementia praecox, jestem mikrosplanchik — nic mnie od tego nie uratuje“ — myślał Atanazy idąc za Zosią na górę. Jak przeżyć dzień ten do końca? Jak wyobrazić sobie choćby w przybliżeniu dni następne? Teraźniejszość ta należała już jakby do przeszłości. Wszystko to było martwe, podświadomie dawno załatwione, niemożna w tem było żyć, oddychać tą atmosferą ani chwili. Atanazy wzdrygnął się od dotknięcia ręki żony: miał uczucie, że dotknął go zimny trup, a nie żywa żona i to w odmiennym stanie.
— Taziu: powiedz, że to nieprawda te żarty Heli. Przecież ona cię nic nie obchodzi? Czy pamiętasz jeszcze naszą dawną miłość?
— To jest właściwie moją, bo ty może właśnie zapóźno, to jest: nie w porę — o Boże! Pocóż ja to mówię? Nie wierz mi Zosiu — ja bredzę po tem wszystkiem. — Uczuł nieprzezwyciężoną potrzebę kłamstwa, ale takiego brutalnego, gęstego, a nie jakichś dyplomatycznych wybiegów. Tu nie mogło być żadnego kompromisu: albo pokryć to taką gęstwą fałszu, żeby nikt nigdy dowiedzieć się o tem nie mógł, albo rozedrzeć wszystkie zasłony i ukazać nagą prawdę, którą, na tle zupełnej pustki, zdawał się być olbrzymi, aż zdeformowany od żądzy, sterczący w ciemnościach ducha, krwawy, udręczony lyngam. Atanazy wzdrygnął się jeszcze raz. Musiał kłamać do czasu — „dopokąd“? Czyż zdoła jedną godzinę jeszcze przeżyć w tej sprzeczności: okro-