Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


awanturę. Niedość już niebezpieczeństw — och: nie myśleć już, tylko spać do 9-tej, nie budząc się.“ Zosia była też małą egoistką.





Część II: Fakty.


Kiedy Zosia ocknęła się na dobre w objęciach placzącego męża, była godzina 8•20 rano. A było to tak: ranek wstał ciepły, ale wietrzny i pełen grozy. Wał ciemnych chmur, obrzeżonych świetlistym pomarańczowym konturem, walił się z grani gór w dolinę, sięgając granatowych lasów i rąbanisk, upstrzonych drobnemi pólkami znikającego śniegu. Wiotkie, różowe „cirrusy“, splątane w fantastyczny welon w zenicie, dziwnie nieruchome w stosunku do pędzących jak kule, oderwanych od głównego wału, ciemnych „gonflonów“, zdawały się mówić coś tajemniczego o lepszym bycie, gdzie niema miłości, samczych awantur, religijnych kompromisów, społecznych zbrodni i metafizycznej bzdury. Tam być, trwać wcielonym w ten zakrzepły wir chmur, choć sekundę jedną żyć innem istnieniem, niż to przypadkowe pienienie się brudnej pianki, na niewiadomej głębi fali. Pianka rozłazi się, rozkręca, rozwiewa i tyle wie o sobie — aha: naodwrót — czyż nie wszystko jedno? „Mijamy, nie wiedząc o sobie nic: cierpiące, albo głupio szczęśliwe fantomy, pusząc się naszym nędznym, (a mimo to jedynym dla całego bytu) aparacikiem pojęć, który czemże jest wobec nieprzejrzanych przestrzeni niewiadomego w nas i poza nami, niewyrażalnego w psychologistycznym i fizycznym poglądzie i w obu razem, ujętych w metafizyczny system, wykazujący ich niewystarczalność i konieczność przyjęcia obu, jako wynikających z zasadniczych praw Istnienia. Czyż jest tak zwane szczęście, nie oparte na