Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mąż będzie dla ciebie zawsze dodatkiem. Ty jesteś jak duchowa amazonka w metafizycznej krainie. — Ucałował jej czoło i popędził do salonów.
We drzwiach sypialni ukazał się Atanazy. Głowę miał nastroszoną wilgotnemi włosami, wzrok przytomny, ale niesłychanie „na piękno tragiczny“ i usta ścięte „pięknym bólem“. Już rzuciły się na niego wyrzuty sumienia i spotęgowana czysta miłość do Zosi. Ale też trochę inaczej się to przedstawiało: jako konieczność, z którą trzeba się zgodzić. W tem było też coś pięknego. To, że wziął ją prawie gwałtem przed ślubem, zdawało się teraz zbrodnią, na którą niema kary. A do tego ta rozkoszna zdrada. Ale to też łączyło się razem ze wszystkiem w posępną, harmonijną całość. Jakby w dawnem artystycznem ujęciu życia, za nieszczęsnej aplikantury, jeszcze przed poznaniem żony. „Żony“, powtórzył w myśli to dziwne słowo i przeszedł go dreszcz strachu. „Mojej żony“, powtarzał i nie mógł zrozumieć nic. Słowo to nie czepiało się jego mózgu.
— Proszę się uczesać i poprawić krawat — rzekła zimno Hela, jak do lokaja. Cofnął się w kierunku sypialni i stanął bezradnie.
— Na lewo od łazienki, bałwanie — ukryte drzwi! — krzyknęła. Nieczuły na obelgi (też nowość) znowu wszedł do sypialni. Hela zwinięta na kanapie jak czarna anakonda z rudym łbem, myślała, — ciągle myślała psia-krew — to było jej najgorszą wadą. Przedewszystkiem nie bała się wcale, że lada chwila może tu wejść Azalin. Nie istniał dla niej zupełnie: nie czuła się księżną, ani jego żoną, ani przez chwilę. (Z daleka dochodziły dźwięki orkiestry jakby z innego świata. Tam tańczono i bawił się ten jej dancingbubkowaty mąż — w tem był mistrzem — to trzeba mu było przyznać.) O jakże wstrętnym był dla niej teraz ten Atanazy, a mimo to jedynym na świecie całym. Czuła na