Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nia. Ale jeszcze nie to, nie to. „Muszę go zamęczyć i mieć jeszcze wielu innych jednocześnie“ — tak to może było rozwiązaniem. Teraz dopiero poczuła ból w zranionem ramieniu. Dla Atanazego, w lekkiem zakokainowaniu było to już szczytem. Nic podobnego nie wyobrażał sobie nawet.
Słychać było odmykanie odległych drzwi. Odepchnęła go i wpakowała do sypialni. Słyszała jak wchodził do łazienki. Poprawiała włosy przed lustrem gdy wszedł papa. Majtki leżały na fotelu. Nie zauważył tego.
— Już się zaczęło. Na przedmieściach już walą. Bruizor atakuje miasto koncentrycznie. Cztery pułki poddały się. A to co — spytał usłyszawszy plusk.
— Józia myje wannę. A coby papa zrobił gdybym ja, jako prostą konsekwencję chrześcijaństwa, nie katolicyzmu, wybrała komunizm?
— Ja sam to dziś myślałem mówiąc z tym Tempe. A to kanalja! Ale zatrzymałem się i zostałem już socjalistą-chłopomanem. To musi przyjść. Ja muszę przeżyć się do końca, tworząc coś wielkiego, a tylko tam to jest możliwe. Rozumiesz? A jak ręka?
— Rozumiem — między nami nie może być nieporozumienia. Ręka dobrze — trochę boli, ale nie bardzo.
— Kocham cię, Hela — ciebie jedną — wyszeptał Belzebub-Karaluch, obejmując córkę szalonym uściskiem. — Z tobą nie będę nigdy jak król Lear — choćbym wszystko stracił, ty jedna mi zostaniesz — Prepudrechowa, czy inna — to już mi teraz wszystko jedno. A jak tamto przyjdzie bądź czem chcesz. Jak ci nakaże twój demon. Tylko jedno — tamto było ostatni raz? Prawda?
— Ja cię też kocham, papo. Ty jeden mnie rozumiesz. — Już nigdy — przysięgam.