Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nich przyłączył się ów działacz. Wszystko to widział Atanazy z daleka, zalewając sobie mózg coraz większemi dawkami alkoholu. Pierwszy raz jadł i pił u Bertzów. Zaiste żarcie było cudowne.
— Co panią może łączyć z takim Tempe — spytał, złapawszy prawie, wymykającą mu się Helę.
— Chodziliśmy kiedyś razem na tajne wykłady jednego z tutejszych niwelistów-degrengolistów. Lubię jego beztroskę i ten czar jakiegoś zwierzątka, który on ma.
— Raczej niechlujnego zwierza w klatce.
— Może się stanie zwierzem, jak dojdzie do władzy. To straszna utajona potęga. Jedyny człowiek, którego się trochę boję. Nie mam dziś czasu na pana — to jest mój codzienny dzień: pan jest na deser, na święta. — Skrzywiła się z bólu, poruszywszy przestrzeloną ręką zbyt gwałtownie i zniknęła w tłumie czarno-białych męskich postaci.
— Co za melanż, co za melanż — powtarzał prawie głośno Atanazy, pchając w swe śliczne usta kanapkę z pieczonej gorgondylji i surowego fryku na mankanilowym pumperniklu. Opanowała go przykra, leniwa, rozkładająca zazdrość. Zapił ją razem kanapką szklanką wina Dżewe i poczuł, że ma dosyć. Alkohol szumiał w jego głowie, która pęczniała od puchnącej z szaloną szybkością rzeczywistości. Był zły na Helę tą złością płciową, nieznośną — wolała tamtych, niż jego, kiedy on upił się umyślnie (alkohol szkodził mu bardzo na nerwy) aby z nią porozmawiać i opuścił Zosię, zostawiając ją na pastwę jakiegoś demi-arystokratycznego bubka. Hela stała się dla niego nagle czemś wyższem i niezrozumiałem. Zajęta jakiemiś konkretnemi społecznemi kwestjami, realną, techniczną stroną problemu (o czem Atanazy bladego pojęcia nie miał), mówiąca z rzeczywistymi ludźmi społecznego czynu, była mu coraz bardziej nienawistna, przyczem urok jej potęgo-