Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drecha powierzchownie w miąższ mięśniowy lewego ramienia) i robiąc dziwnego pirueta padł na wznak, głową ku przeciwnikowi. Zobaczył niebo — dalekie, bezkresne, jakby „nie to“ i uczuł coś gniotącego mu oddech, sam oddech, a nie jakąś część ciała. Chciał to wypluć, wyrzucić z siebie. Coś obcego było w nim, coś obcego działo się w nim i przygotowywało się jeszcze coś innego, gorszego. A więc to było to! Teraz może umrzeć i może wyżyć — a nuż! Zaczęła nim miotać: nadzieja i rozpacz, nadzieja i rozpacz — prędko, coraz prędzej. Nagle uczuł, że jakieś świństwo ciepłe o metalowym smaku wypełnia mu gardło — krztusił się. Zimny pot, strach, mdłość, czarno w oczach (jak dziwnie zniknął świat w wytrzeszczonych ślepiach) i nicość, skręcona w kabłąk, zganaszowana z przerażenia — ale czyjego? Stracił przytomność ze strachu raczej, niż z powodu rany. Ale w ostatniej chwili mignął mu gdzieś w czarnych zwałach narastającej, puchnącej nicości obraz Heli i poczuł, że ona zwyciężyła, że tym pojedynkiem związał się z nią nawet za grobem. A potem Zosia, ale już jedno stanowiąca z tą nicością i koniec.
Książę nie zauważywszy nawet swej rany rzucił się z pistoletem w ręku ku Atanazemu. Ujrzawszy białą twarz i krwawe usta niedoszłego przyjaciela, którego skrycie uwielbiał, Prepudrech padł na kolana i zaczął łkać.
(Doktór robił już swoje).
— Już nigdy…! Ja pana…! O, Boże…! Ja zawsze…! Obudź się! Mój kochany… — Gładził Atanazego po włosach i twarzy. Ledwo odciągnęli go: doktór i świadkowie. Wszyscy stracili humor zupełnie, mimo, że dzień był prześliczny.