Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/449

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cel będzie walki zaciętej i hasło,
Którą już wszczęli, broń wznosząc ku sobie!
       425 Bo tak ni tamten, co siedzi na tronie,
Nie ostałby się, ni ten, co precz z domu
Pierzchł, by nie wrócił. Gdzie były ich dłonie,
Gdzie pomoc, gdy mnie wygnano wśród sromu?
Przez nich bezdomnej doznałem niewoli.
       430 Rzekłby kto może, że to mi jak wiano
Przyznało miasto, folgując mej woli,
Że mnie bez krzywdy w obczyznę posłano.
O nie! bo kiedym się gniewem zapalił
W najpierwszych chwilach, gdym pragnął już zgonu,
       435 Choćby i głazem w me skronie kto walił,
Nikt mi nie świadczył litości zakonu.
Aż kiedy z czasem mój ból się uśmierzył
I widnem było, że to, co wymierzył
Gniew mój wezbrany, me winy przerasta,
       440 Wtedy mnie gwałtem wyżęto precz z miasta,
Z kraju po czasie, a ci, co powinni
Ojca własnego zratować co prędzej,
Słówka nie rzekli i stali bezczynni.
Więc z ich ja sprawy dziś tułam się w nędzy!
       445 Z tych zaś dziewoi, o ile im mocy
Starczy, mam żywot dzisiaj zapewniony,
Wierną podporę i spokój wśród nocy.
Tamci woleli miast ojca mieć trony,
Piastować berła i władać nad ludem.
       450 Więc ja się nigdy z nimi nie sprzymierzę,
A rząd w Kadmei, ten będzie im trudem
I znojem; wiem to, bo wróżbom ja wierzę,
Które ta niesie i wierzę ja w rady,
Których Feb niegdyś udzielić mi raczył.