Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jam tobie kwiatki zbierał po świętym Syonie,
Jam na Libanie wieniec składał na twe skronie;
Jam dostawał balsamu z raju twej młodości,
Jam owoc z palmy zrywał do twej wieczności —
A ty odemnie spieszno na atyckie góry
Uchodziłeś do mądrej rzkomo Terpsichory,
Przecie jednak musiałeś minąć Terpsichorę,
A otrzymać tysiąckroć wdzięczną Lilidorę.
Prawda, mało pomogą Muzy miękkoliczne,
Kiedy moje dochodzą strzały sercotyczne.
Niewiedział przedtem Febus syn wielkiej Latony,
Coby za władzę miała królowa z Ankony;
Wszystkie lata młodości swojej i godziny
Poświęcił wiecznośpiewnym pannom Mnemozyny,
Z niemi usiadłszy blisko askrejskiej fontany,
Na głośnotwornej arfie waleczne hetmany,
Nieużyte bojary, hardomyślne grofy
Wychwalał zawięzując gładkim rymem strofy.
Milej mu było, siedząc u aońskiej studnie,
Płaskim głosem wykwintnie zaśpiewać w południe,
Abo trąbę i stalną wziąwszy rohatynę,
Bieżeć z myśliwą siostrą w moskiewską krainę
I tam zabijać żubry, tury i niedźwiedzie,
Niżeli przy podwice siadać na biesiedzie.
Do tegoż się mojemi uciechami brzydził,
Kędy mię kolwiek zoczył, wszędy ze mnie szydził:
Naco, prawi, ten sajdak nosisz na twych karkach,
Ponieważ do strzelania nie masz siły w barkach?
Mnie to raczej Marsowe oręże przystoi,
Którego się wieprz groźny i mściwy lew boi.
A ty licha dziecino, zaniechawszy łuku
Głównią podkurzaj gachów przemierzłych na bruku,
Mnie strzały daruj. - Prawda Febie! z twojej kusze
Nieme bestye martwej pozbywają dusze —
Mój zasię bełt z pieszczonych wypuszczony rogów
Przejmie ciebie i twoich przechwalonych bogów.
To rzekłszy z lampsackiego pałacu cięciwą
Wrzuciłem mu do piersi strzałę zapalczywą,
A drugą, która niechęć i nienawiść czyni,
Utopiłem w penejskiej młodziuchnej kniehyni.
Pierwsza była arabskiem powleczona złotem,
Ta zasię przytępiona ołowianym grotem;
Przetoż Apollo całem sercem ku niej pała,
Nimta zaś, obowiązków małżeńskich niedbała,
Woli jelenie, śledzić po kniejach nieludnych
Zaniechawszy urody i zalotów trudnych.
Titan co na nią wejźry, z miłości umiera,
Jako ogień chrost suchy i plewy pożera,
Tak płomień jego serce gorące otacza,
Czasem bierze otuchę, a czasem rozpacza.