Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Widzimy miast stołecznych niepoczesne trupy
I fortec niedobytych obalone kupy;
Przetoż ja nie doczesną w kamieniu nakreślę
Pamiątkę Filorecie, ale na umyśle,
Której ani następne nie przeżyją lata,
Ani koniec okróci zamierzony świata.
Takich kolosów godne niebieskie przymioty
I śmierci nie podległe łakomej jej cnoty;
Albowiem kiedy młodość moja bardzo ślizka
Upadu ostatniego była nader bliska,
Najwyższy duszy mojej pasterz i obrońca,
Żeby nie zaginąłem mizernie do końca,
Dodał, jakiego było ratunku mi trzeba,
Przydawszy w towarzystwo Filoretę z nieba,
Która nie sama jedna weszła za me progi,
Ale z sobą fraucymer wprowadziła mnogi:
Wstyd wrodzony rumianym okryty szkarłatem
I niewinność panieńskim ozdobioną kwiatem,
Pobożność nie zmyśloną, skromność trzeźwą z miarą,
Miłość poprzysiężoną raz jednemu z wiarą,
Przystojność w obyczajach, pojźrenie pokorne,
Przy urodzie wysokiej postępki wyborne,
Zgoła wszystko dobre z nią weszło w dom mój: sława
Piękna, codzienna radość, fortuna łaskawa.
Z domu za jej przyjściem jak z cudzej gospody
Ustąpił zbytek, smutek i Kupido młody,
Któremu dostawszy się do zdradliwej matni,
Gdym tylko oczekiwał zguby mej ostatniej,
Ona mi poślubionej podawszy swej dłoni,
Wyrwała mię z przepaści nieprzebitej toni;
Ona mię postawiwszy na bezpiecznej skale
Zdrowie, chudobę, godność zachowała w cale,
Za nią błogosławieństwo boskie w dóm mój weszło,
Przy niej na żadnym wczasie nigdy mi nie zeszło,
Cokolwiekem pomyślił, o com się poważył,
Zawszem szczęścia z chęci jej łaskawego zażył —
A że rzecz słowem zamknę, nie człowieka zgoła
Miałem z niej, lecz postaci człowieczej anioła,
Abo też osbliwa opatrzność mi boża
Przystawiła ją była za drugiego stróża;
Przetoż pókim w opiece tych strażników chodził,
Żaden przypadek sprawom moim nie przeszkodził,
Wszystkie mi się postępki wedle myśli wiodły
Z ich pomocy za mojej Filorety modły.
Ona codzień wyszedłszy na bliskie pagórki,
Nabożne posyłała do nieba paciorki,
W każde święto jałmużny dawała u fary
Między ubóstwo i nie błagalne ofiary;
Zaczem żadna przygoda miejsca nie zagrzała
W domu mym, lecz fortuna dobra w nim mieszkała: