Strona:PL Schulz Bruno - Sklepy cynamonowe.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie głuche, niewyzwolone, zakute w materję cierpienie tej pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem narzuconej formie, będącej parodją? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy, pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę i opanowuje, jak własna, tyrańska panosząca się dusza. Nadajecie jakiejś głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem, z tą konwulsją, z tem napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze ślepą złością, dla której nie ma odpływu. Tłum śmieje się z tej parodji. Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materji więzionej, gnębionej materji, która nie wie, kim jest i poco jest, dokąd prowadzi ten gest, który jej raz na zawsze nadano.
Tłum śmieje się. Czy rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tego śmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na widok tej nędzy materji, gwałconej materji, na której dopuszczono się strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek wszystkich