Strona:PL Sacher-Masoch - Wenus w futrze.pdf/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


strony szczyt egoizmu. Wszystkie próby, usiłujące zapomocą świętych ceremonii, ślubów i kontraktów wprowadzić w zmienną istotę ludzką — trwałość miłości, spełzły na niczem... I czy może pan zaprzeczyć, że dzisiejszy świat pod względem pojęć o miłości przeszedł w sferę... zgnilizny?...
— Ale...
— Ale... chcę panu powiedzieć — jednostka, któraby się zbuntowała przeciw tym urządzeniom obyczajowym, zostałaby wyklętą, ukamienowaną i spaloną na stosie, nieprawdaż? A mimo to, ja mam odwagę ku temu. Moje zasady są prawe, aczkolwiek pogańskie. Chcę wykorzystać życie i rezygnuję zupełnie z waszych obłudnych poglądów, ceniąc wyżej własne szczęście. Wynalazcy małżeństw nierozerwalnych dobrze zrobili, powołując się na nieśmiertelność równocześnie, bo uzasadnili potrzebę obowiązku i ofiary. Ja jednak wcale nie mam zamiaru żyć wiecznie. Bo, jeżeli ja, jako Wanda Dunajewska, tracę z ostatniem tchnieniem wszystko, co mam na tej ziemi, to co mi z tego, gdy czysta moja dusza śpiewać będzie w anielskim chórze, lub też gdy prochy moje utworzą jakąś nową istotę? Jeżeli więc nie będę żyła wiecznie taką, jaką obecnie jestem, to co mi po tem wszystkiem? Z jakiego zresztą względu muszę zaprzeć się samej siebie i zaprzedać się w niewolę mężczyźnie, którego nie kocham, a tylko kochałam kiedyś? Bynajmniej, nie rezygnuję ze swego szczęścia i kocham każdego, kto mi się podoba, i uszczęśliwiam każdego, kto mnie kocha. Jestże to brzydkie i złe? Zdaje mi się, że przeciwnie, jest to o wiele piękniejsze, niż gdybym odtrącała bez litości i narażała na cierpienia tych, którzy się do mnie garną. Jestem młodą, bogatą i — nie uważaj pan tego jako zarozumiałość, piękną. Zyję więc wesoło i używam świata wedle własnego upodobania.
Podczas tych jej wynurzeń ująłem bezwiednie jej ręce i, nie wiedząc, co z niemi zrobić, oczywiście ja, niezdara, opuściłem je szybko.
— Godność pani zachwyca mnie, i nie tylko godność, ale... — zacząłem, i znowu wyrazy ugrzęzły mi w gardle, jak wylęknionej pensyonarce.
— Co? co pan chciałeś powiedzieć?