Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/080

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Śmiał się na cały głos:
    Ha, ha, ale to zadziwiające, że ja, ja — ha, ha — mam być — tak — quasi-rajfurem własnej żony... ha, ha — a przynajmniej ułatwiać jej...
    Nagle krzyknął jakiś silny głos w jego duszy: Hanka!
    Cóż Hanka? Prędzejbym razem z nią zmarniał gdzieś pod płotem, zanim... no tak!
    Otworzył biurko, wszystkie pieniądze, jakie miał, włożył do koperty.
    „Posyłam pani wszystko, co mam. Niech pani zechce to przyjąć od — dzieci. Czerkaski“.
    Jakiś ty szlachetny, pomyślał.
    Ach! jaka szkoda, że sam sobie w twarz splunąć nie mogę. Czemu? Bo ta twoja dobroć taka marna, tak cię nic nie kosztuje... a każda wiarołomna żona opiewać będzie w bohaterskich rapsodach twą wielkoduszność — ha, ha...
    I nagle stanęła mu drobna Hanka przed oczyma, obszarpana, błędna z rozpaczy, Hanka, która od kilku dni nie jadła, opuszczona w obcem mieście, Hanka, której dwie drogi do wyboru pozostawały: śmierć, albo... Drżał, robiło mu się na przemian zimno i gorąco...
    Malarya, oczywiście malarya. Zaraziłem się od Turskiego.
    Przeliczył pieniądze. Trzysta franków. Mało.
    Zrobił na liście dopisek:
    „Niech się pani zawsze do mnie zwraca, gdy pani cośkolwiek potrzebować będzie. Zrobi mi pani praw-