Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/060

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    czasu. Ha, ha, teraz będziecie mnie często widywali. Nie lubię samotności.
    Turski patrzał przez chwilę na Czerkaskiego, potem wybuchnął nagle.
    — Ja wiem, zbyt dobrze wiem, co pan o mnie myśli. Ja wiem, że mi pan zarzuca, że — że... no tak! że rzucam rzeczy, które piszę, nieopracowane, pisane na kolanie, na targ. Pan mówi o mnie, że mam talent, ale że go marnuję...
    — Ależ ja tego nigdy nie powiedziałem.
    — Nie powiedział pan? Ale pan to myśli. Tak, to prawda, piszę rzeczy, których się wstydzę. A wie pan czemu? wie pan?
    Czerkaski patrzał zdziwiony na Turskiego.
    — Czemu? czemu? Bo mokry jeszcze papier muszę posyłać do drukarni. Bo mam żonę i dziecko...
    — Ha, ha, ha, ja też miałem żonę — ha, ha, ha...
    — Tak, pan miał żonę, ale pan miał i majątek. Słyszę, że pan teraz nic niema, albo tyle co nic, ale pan miał... Nie sztuka, tworzyć rzeczy skończone, gdy się ma pieniądze.
    — Tak, to nie sztuka! — kiwał Stasinek siwą głową.
    — Niech mi kto da tysiąc, dwa tysiące reńskich, a stworzę taką rzecz, jakiej nikt przedemną nie stworzył, Dajcie mi czas, bym mógł jedno zdanie pisać przez jeden dzień — dajcie mi czas, bym — ha, ha — miał czas pomyśleć, czym napisał głupstwo, czy dobrą rzecz, a wtedy wolno mnie sądzić...