Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/052

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    w piersi i powiedz sobie: jestem łotrem, zimnym, rozważnym łotrem.
    Poczekaj, poczekaj, szeptało mu coś w duszy. Jeszcze nie mów tego, bo tyle rzeczy cię usprawiedliwia.
    Żadnych usprawiedliwień! — Czerkaski zaciął zęby.
    Łotrowstwo jest łotrowstwem!
    Uwiodłeś kobietę czystą, osaczyłeś, omamiłeś — jednem słowem uwiodłeś. Wierzyła ci, ślepo byłaby przysięgała na twoje słowa, oddała ci z wiarą i bezgraniczną ufnością swoje serce, a ty zostawiłeś ją samą i bezbronną.
    Boś musiał, krzyknęło coś w sercu.
    Nie! bo byłem tchórzem, bom nie umiał, ja, wielki, pan przyrodzenia, zrobić tego, co ona zrobiła, bom nie umiał, nie miał odwagi zrzucić z siebie ciężaru, który mnie do ziemi przygniatał, zerwać kajdan, które mnie do galery przykuwały, bo...
    Czerkaski wżerał się zębami w własne serce, szarpał je i targał z zapalczywą wściekłością.
    Przecież Glińską ponad wszystko ukochałeś — Czemuś to zrobił? Przecież ją kochałeś? Kochałeś, kochałeś, to jedno cię usprawiedliwia, ale czemuś to zrobił?
    Próżno się silił dać sobie na to odpowiedź. Dla tego żeś miał żonę, ale czem była dla ciebie żona? Żeś — żeś...
    Nie! nie chciał się uniewinniać. Z obłąkaną zaciętością szarpał swe serce, opluwał się, gardził sobą,