Strona:PL Przybyszewski-Z cyklu wigilii.djvu/035

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    PL Przybyszewski-Z cyklu wigilii (Stanisław Wyspiański) strona 35.jpg

    Stoję na ulicy.
    Wokół gazowej latarni przesuwają się jakieś czarne, w dziwne kształty podarte cienie nocy.
    Tobie w ofierze, Ty nowy Boże, Boże milczenia i nocy.
    Stoję na ulicy. A po za Tobą, biedna, smagła sarno, słyszę jakieś taczające się, pijane kroki i słyszę daleki, głuchy odgłos wozów.
    Tam — przedemną olbrzymia, niedołężna masa, jakiś czarny potwór, Bóg mego cienia, Bóg mego milczenia.
    Głupstwo! Mój własny cień!
    Błoto na ulicy, a na niem w królewskiej ciszy olbrzymie palce elektrycznego światła, biała ręka olbrzyma.
    Czemuż spoczęła ta biała ręka na błocie?
    Biała ręka Boga na błocie życia, na błotnem śmiecisku życia.
    I widzę: pijany robotnik rozpryskuje kijem to błoto, bije z całą siłą, z jakąś zapalczywą zaciekłością...
    Zabije wreszcie tę straszną rękę?
    Och, gdyby tylko zabił! Abym własną ręką mógł moje życie pochwycić, wgryźć się w nie własnemi zębami.
    Cisza — Cisza...
    I idę wzdłuż kanału.
    Ta czarna woda tam w dole. Nieskończoność głębi, nieskończoność smutku.