Strona:PL Przybyszewski-Z cyklu wigilii.djvu/021

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    się tęczowe chmury, na krańcach nieba leją się strugi roztopionego złota, zapadłe słońce tryska w górę krwawą pożogą a od zachodu do wschodu piętrzy się wściekła kaskada purpury i ognia. Zwolna gasną purpury i ognie, tylko jedna szeroka rana krwawi się na olbrzymiem czole nieba.
    Patrzę na niebo i na skon białego dnia. A rana rośnie i wgłębia się w ciemny błękit, zmienia się w otchłań stęchłej krwi, coraz głębsza wrasta w niebo czarna cień ziemi, rozdarta drgającym przebłyskiem ostatnich promieni, aż wreszcie wszystko zanika i gaśnie w ciężkich czarnych oponach nocy.
    A blask zachodu, krwawe łuny na ciemnych błękitach, ta chmurna zmiana, przebłysk i zanik — toś Ty.
    I słyszę pieśń: jeden ciemny głęboki ton, a na nim rozlane niebieskawe cętki światła. I płynie ton cicho i poważnie jak strumień górski, z obu stron niebotyczne ściany nagich skał. Naraz jak błyskawica prześlizgnął się wąż chciwych pragnień, lubieżnego śmiechu i spłonął w gorącym krzyku rozkoszy.
    O, nieraz wytrysły te węże z twych oczu w spokojne głębie mego serca. Oplotły je w nęcących pieszczotach, tarły się o nie lubieżną rozkoszą i kładły się w jego namiętnym żarze do snu.
    Ciebie tylko, ciebie jedyną odtwarzała wiecznie moja dusza, w każdym kształcie, każdej myśli i każdym nastroju. Tyś mi dostroiła wszechświat do tego jednego tonu i ja stałem się Tobą.
    A żeś była kształtem mojej pieśni, a żeś żyła liniją mej tęsknoty i mych pragnień, a żeś była barwą i tonem i wonią mej duszy, musiałem cię kochać.
    Zaczem cię ujrzałem, już byłaś we mnie. Zaczem cię do serca tuliłem, drgałaś w mych pieśniach, płonęłaś w blaskach mych barw, a jak zorza wieczorna łagodziłaś kojąc smutek mej duszy, koiłaś i wświecałaś we mnie twe źrenice, a z życia mego splatałaś jaśniejącemi rękoma szerokie dumy mych pól rodzimych.