Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I z przyjaciółmi zostać za tym progiem.
Zkąd myśl téj wojny — niech wojują młodzi,
A coś przyjaźni i Bogu się godzi.”
Więc Mohort na to: — „A to być nie może,
Jam nie potrzebny człowiek jest w klasztorze,
Bo ja ojczyźnie łaski nie uproszę,
Ja Boga chwalę, kiedy szablę noszę.”

Rektor do ręki — „Ja upraszam Pana,”
A Mohort upadł przed nim na kolana;
„Mój Ihumenie! o Boże mój, Boże!
Jegomość płaczesz. Czyż mi łez potrzeba?
Ta, coby po mnie zapłakała może,
Z niéj ni kosteczki — toć na miłość nieba
Zaklinam Waszmość, nie płacz, bo to boli,
O i nie próbój Waszmość mojéj woli
Łzami kapłana, bom człowiek ułomny,
Ale gdy legnę, bądź na duszę pomny!
Rektor go podniósł:
„Nie, Mości Rektorze!
Mnie nie na łożu kończyć i w klasztorze;
Kto czém wojował, niech od tego ginie!
Od krzyża swego nikt się nie wyprosi;
Dla mnie czas wielki — na złe się zanosi...

„Przez całe życie prosiłem jedynie
O śmierć szczęśliwą — i wysłuchać raczył
Pan mojéj prośby — Hetman mnie nawiedził,
Wiem jaki koniec Bóg dla mnie przeznaczył,
I już nie długo będę się tu biedził....”

Widząc ksiądz Rektor, że próżne namowy,
Poczcił nareszcie wolę siwéj głowy,
I do drzwi samych tylko odprowadził;