Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyprawił obu — a więc naprzód dziada,
By go nikt z ludzi klasztornych nie badał,
Potém do furty sprowadził sąsiada,
A ciepłą ręką obom coś powkładał.

Gdyśmy od furty razem powrócili,
Rzekł mi wesoło po niejakiej chwili:
„I Waść nie wyjdziesz z rękoma gołemi;
Więc wybierz szablę, która się podoba,
Bo się to nada bardzo czasy témi,
I trzeba będzie z konikiem od żłoba!”
Wybrałem.

Dobra! wiernie w ręku siedzi —
Rzekł mi Pan Mohort: — „a teraz już pono
Czas do jutrzejszéj mieć się nam spowiedzi,
Bo na pacierze właśnie zadzwoniono.”
Cicho upłynął wieczór w naszéj celi,
Lampa mrugała przed świętym obrazem,
Psalmy pokutne mówiliśmy razem,
I dzisiaj jeszcze duszę mą weseli
Piękna pamiątka takiej chwili świętéj,
Gdzie jego duchem byłem w niebo wzięty.

Cicho noc zeszła — a nazajutrz rano
Mszę miał żałobną za duszę hetmana
Naprzód ksiądz Rektor — a po mszy żałobnéj
Wyszła wotywa w kaplicy osobnéj;
Pan Mohort ukląkł, odpiął karabelę,
Złożył wraz z czapką na stopniach ołtarza,
A sam padł krzyżem, że aż w grobach jękło
Choć dzień powszedni, ludzi było wiele,
A wszystkim serce tak od płaczu miękło,
Że nawet Kapłan — co się rzadko zdarza —