Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ledwo we Lwowie mogłem się ukoić,
Gdziem sobie sprawił cały mundur nowy,
Abym przystojnie mógł się już wystroić,
I już na kresach stanął jak wojskowy.
Ale od Lwowa stał już świat otwarty,
I pojeżdżałem w kraje co raz nowe...
Na wierzchu bryki trzymał kuchta charty.
Na jeden popas szły przodem wierzchowe,

Dopóki jeszcze szła droga Podolem,
Jechałem sobie przez piękne obłogi
I dniem i nocą, i lasem i polem,
Jak swoją stroną, nie pytając drogi;
Lecz gdym się przebrał przez podolskie jary,
Kiedym się wybił na wielkie równiny,
Minąwszy nieco Konstantynów-Stary
Owiał mnie oddech już obcej krainy:
Bo tam na wschodzie od wioski Bachłaje
Już ów tatarski „Czarny-Szlak” nastaje
I wieją wschodnie wiatry ukraińskie,
I w trawnych stepach buja sobie oko,
I pierś oddycha wolno i szeroko:
Hej! gdzie Rzym? gdzie Krym? gdzie Karczmy Babińskie?

Wolno jechałem, bo była pogoda,
I maj na niebie i w duszy swoboda;
Nie raz mi nocleg przypadł w stepie czystym,
I głos przepiórki do snu mnie ułożył,
A kiedym oczy znów w nocy otworzył,
Tonęła dusza w tém niebie gwiaździstém:
I w ów czas czułem na łonie natury,
Że naszem sercem taka pieśń kołysze,
Któréj Pan Nieba błogosławi z góry,
Lecz któréj w słowach człowiek nie wypisze.