Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W publice inna sprawa — zjazdy były częste,
Okoliczności różne, i okazye gęste:
Bo sejmy i sejmiki i dworskie festyny,
I biskupie wizyty i wielkie odpusty,
Trybunały, relacye, ba a imieniny!
Na wiosnę krew majowa — a obżynki latem,
Pod jesień polowania, a zimą zapusty;
I wszędzie cię kochano i każdy był bratem,
W powiecie, w województwie, ba w całéj Koronie,
I każdy ci z ludzkością podał bratnie dłonie.
Jeśliś klejnotu cnoty złym czynem nie splamił,
Po Bożemu szedł światem i ludzi nie mamił.

Szlachcic, gdy się w publice skąpał, bywał czysty!
I katolik prawdziwy i w sercu ognisty!
Bo z Bogiem poczynano te publiczne sprawy,
A człowiek był przed Bogiem pokorny i prawy;
I kiedy ducha skupił w intencyi pobożnéj,
To był w sercu Wielmożny, naprawdę Wielmożny!
A kiedy się w publicznéj sprawie uwielmożył.
Miał i posłuch i ślady poczciwe położył —
Bo w sercu wyniesiona z Kościoła powaga
Lgła do duszy, jak w pochwie lgnie ta szabla naga.

Ztąd różne religijne bywały praktyki,
I przez Kościół, Sakrament, droga do publiki:
Tam rosły animusze i myśli serdeczne.
Bo się człowiek oglądał na to, co jest wieczne!
A kiedyś go już zaklął: „A Bóg? — A Sakrament?
A co powie historya?“ — toś go miał już w saku!
I żeby jaka ryba, żeby jaki zamęt.
Upokorzył się szlachcic i poszedł na raku!
Więc jeszcze z tym pół biedy, co się Boga boi,
I wié, że tu przed sądem przyszłych dziejów stoi.