Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gruby jakiś, zaspany głos, wychodzący z kąta kredensu, spytał gniewliwie:
— Kto tam?
Janek zataił dech w piersiach, ale gruby głos spytał powtórnie:
— Kto tam?
Zapałka zaczęła migotać po ścianie, zrobiło się widno, a potém… Eh, Boże! Słychać klątwy, uderzenia, płacz dziecka, wołanie: O! dla Boga! szczekanie psów, bieganie świateł po szybach, hałas w całym dworze…
Na drugi dzień biédny Janek stał już przed sądem u wójta.
Mieliż go tam sądzić jako złodzieja?… Pewno. Popatrzyli na niego wójt i ławnicy, jak stał przed nimi z palcem w gębie, z wytrzeszczonemi zalękłemi oczyma, mały, chudy, zamorusany, obity, niewiedzący gdzie jest i czego od niego chcą? Jakże tu sądzić taką biédę, co ma lat dziesięć i ledwo na nogach stoi? Do więzienia ją posłać, czy jak?… Trzebaż przytém miéć trochę miłosierdzia nad dziećmi. Niech go tam weźmie stójka, niech mu da rózgą, żeby na drugi raz nie kradł i cała rzecz.
— Bo pewno!
Zawołali Stacha, co był stójką:
— Weź go ta i daj mu na pamiątkę!
Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby jakiego kociaka i wyniósł ku stodułce. Dziecko czy nie rozumiało, o co chodzi, czy się zalękło; dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko, jakby patrzył ptak. Albo on wié co z nim zrobią? Dopiéro jak go Stach w stodole