Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niecznie, a rodzice nasi boją się, żeby ci ta wizyta nie zaszkodziła.
Uśmiechnąłem się.
— Mądry Selim! — rzekłem. — Mało mi czaszki nie rozłupał a teraz za mną płacze. A cóż: o Hani myśli ciągle?
— Ii, gdzie mu tam Hania w głowie. Nie wiem zresztą, nie pytałem się o to, ale myślę, że on się już jéj wyrzekł zupełnie.
— To kwestya!
W każdym razie, kto inny ją dostanie: bądź spokojny!
Tu Kazik przekrzywił twarz po studencku i dodał z miną franta:
— Wiem nawet kto. Dałby tylko Bóg, żeby...
— Żeby co?
— Żeby wróciła jak najprędzéj — dodał pośpiesznie.
Słowa te uspokoiły mnie zupełnie. W parę dni potém, wieczorem, ojciec siedział przy mnie wraz z matką. Zaczęliśmy z ojcem grać w szachy. Po chwili matka wyszła, zostawiwszy drzwi otwarte, przez które widać było szereg komnat, na końcu zaś owego szeregu znajdował się pokój Hani. Spojrzałem nań, ale nie mogłem nic dojrzeć, wszystkie pokoje bowiem, prócz mego, były nieoświecone, drzwi zaś od pokoju Hani, o ile mogłem dopatrzeć w ciemnościach, zamknięte.
Nagle wszedł tam ktoś, jakby doktor Stanisław i nie domknął znów drzwi za sobą.
Serce uderzyło mi niespokojnie. W pokoju Hani było światło.