Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dorosły, ale czyż niedorosły nie ma takiéj saméj czci i takiego samego honoru jak dorosły? Jam wyzwał, ja dałem słowo, a uczyłeś mnie nieraz, że honor, to piérwsze prawo szlachcica. Ja dałem słowo, ojcze. Hania skrzywdzona, na domu naszym plama i ja dałem słowo. Ojcze! ojcze!
I zawisnąwszy mu ustami na ręku, rozpłakałem się jak bóbr; modliłem się prawie do ojca: ale téż w miarę jak mówiłem, surowa twarz jego miękła i łagodniała coraz bardziéj: podniósł oczy w górę i ciężka, gruba łza, prawdziwie ojcowska, spłynęła mi na czoło! Toczył ciężką walkę z sobą, bo byłem źrenicą jego oka i kochał mnie nad wszystko na świecie, więc drżał o mnie, lecz wreszcie schylił posiwiałą głowę i rzekł cichym, zaledwie dosłyszalnym głosem:
— Niech cię prowadzi Bóg ojców twoich, idź chłopcze, idź się bić z Tatarem.
Padliśmy sobie w objęcia. Ojciec przycisnął mnie do siebie i długo, długo trzymał mnie na piersi swojéj. Potém jednak otrząsnął się ze wzruszenia i rzekł do mnie z mocą i weseléj:
— A to już bij, chłopcze, aż będzie w niebie słychać!
Pocałowałem go w rękę, on zaś:
— Na szable, czy na pistolety?
— On wybierze.
— A świadkowie?
— Bez świadków. Ufam ja jemu, a on mnie. Po co nam świadkowie, ojcze?
I znowu rzuciłem mu się na szyję, bo czas mi było ruszać. Odszedłszy ze staję drogi, obejrzałem się: ojciec stał jeszcze na moście i żegnał mnie zdaleka krzyżem