Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łem dłużéj zwlekać. Wyniesiono natychmiast kufry Hani i przymocowano za powozem. Ksiądz Ludwik czekał już na ganku, w białym płóciennym kitlu i z ogromnym również białym parasolem.
— Gdzie Hania! czy gotowa? — spytałem go.
— Gotowa. Będzie już z pół godziny jak poszła się modlić do kaplicy.
Poszedłem do kaplicy, ale Hani tam nie znalazłem; z kaplicy przeszedłem do sali jadalnéj, z sali jadalnéj do bawialnéj: Hani nie było.
— Haniu! Haniu! — począłem wołać.
Nie odpowiedział nikt.
Cokolwiek niespokojny już, udałem się do jéj pokoju; myślałem, czy nie zasłabła! W pokoju siedziała, popłakując, stara Węgrowska.
— Czy to już — spytała — czas się pożegnać z panienką?
— Gdzie panienka jest? — spytałem niecierpliwie.
— Panienka poszła do ogrodu.
Wybiegłem i ja do ogrodu.
— Haniu! Haniu! czas siadać.
Cisza....
— Haniu! Haniu!
Jakby w odpowiedzi mi, zaszemrały niespokojnie liście pod piérwszém tchnieniem burzy, spadło kilka grubych kropel dżdżu i znów zapanowała cisza.
„Co to jest?“ spytałem sam siebie i czułem, że włosy powstają mi na głowie z przerażenia.
— Haniu! Haniu!
Przez chwilę zdawało mi się, że z drugiego końca ogrodu słyszę odpowiedź. Odetchnąłem. „Ach! głupiec