Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


potokiem łez krewnych i domowników w ogólności, a Mikołaja w szczególności, odjechała dzielić dolę z doktorem.
Mikołaj do niéj urazy nie chował, bo nie mógł długo chować: zbyt ją kochał, ale jemu nie chciał przebaczyć. Nie wymieniał prawie nigdy jego nazwiska, i w ogóle starał się o nim nie mówić. Mówiąc nawiasem, ciocia Marynia była za doktorem Stanisławem jak najszczęśliwsza. Po roku dał im Bóg ślicznego chłopaka, po roku znowu dziewczynkę i potém już naprzemiany, jak zapisał. Mikołaj dzieci to kochał jak własne, obnosił je na ręku, pieścił, całował; że jednak tliła się w sercu jego jakaś gorycz, z powodu mezaliansu cioci Maryni, zauważyłem te jeszcze niejednokrotnie. Raz, pamiętam, w święta Bożego Narodzenia zasiedliśmy do wilii, gdy nagle zdala po grudzie dał się słyszeć turkot powozu. Spodziewaliśmy się zawsze mnóstwa krewnych, dlatego ojciec rzekł:
— Niech Mikołaj wyjrzy, kto tam jedzie?
Mikołaj wyszedł i powrócił wkrótce z radością na twarzy.
— Panienka jedzie! wykrzyknął z daleka.
— Kto taki? — spytał mój rodzic, choć wiedział już o kim mowa.
— Panienka!
— Jaka panienka?
— Nasza panienka — odparł stary.
I trzeba było widzieć tę panienkę, jak wchodziła do pokoju z trojgiem dzieci. Śliczna mi panienka! Swoją drogą stary umyślnie nigdy jéj inaczéj nie nazywał.
Ale wreszcie skończyła się i jego niechęć do doktora Stasia. Zachorowała mu ciężko Hania na tyfus.