Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ato tego... Jakże się nazywa? Ato ja chciałem się pana spytać, czy to prawda, że panienka nasza się... żeni, chciałem powiedzieć: idzie za mąż?
— Prawda. Alboż co?
— A bo to nie może być, żeby panienka wyszła za tego... pana cyrulika.
— Co za cyrulik? Czy Mikołaj oszalał. Że téż Mikołaj musi wszędzie wścibić swoje trzy grosze!
— A cóżto, panienka, to nie nasza panienka; czyto nie córka pana pułkownika? Pan pułkownik nigdyby na to nie pozwolił. Czyto panienka nie warta dziedzica i pana z panów. A doktor to z przeproszeniem co? Na śmiech ludzki się panienka poda.
— Doktor to mądry człowiek.
— Mądry, nie mądry. Czyto ja mało doktorów widziałem? Chodzili to po obozie, kręcili się to po sztabie, a jak co do czego, jak do bitwy, to ich niéma. Alboto pan pułkownik raz ich nazywał lancetnikami. Jak człowiek zdrów, to on go nie ruszy, a jak leży nawpół żywy, to on dopiero do niego z lancetem. To nie sztuka krajać takiego, co nie może się bronić, bo nic w garści nie może utrzymać. Spróbuj ty go ukrajać, kiedy on zdrów i trzyma karabin. Oj jej! wielka rzecz ludziom po kościach nożem chodzić! To się na nic nie zdało! A pan pułkownik chybaby z grobu wstał, żeby się o tém dowiedział. Co mi-to za żołnierz, doktor! Albo taki téż i dziedzic! To nie może być! Panienka za niego nie pójdzie. To nie jest według przykazania. Komu-to tu po panienkę sięgać?
Na nieszczęście Mikołaja, doktor nie tylko po panienkę sięgnął, ale jéj nawet dosięgnął. W pół roku potém nastąpiło wesele i panna pułkownikówna oblana