Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.2.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stko to dochodzi do takiéj wysokości, że w téj zielonéj i pstréj fali z głową schować się można. Tysiączne wonie, to miodowe, to upajające, jakby lilii i heliotropów, to znów mocne i korzenne, uderzają o powonienie. Dzielny orzeźwiający zapach trawy, to góruje nad innemi, to znów ustępuje pola oddechom kwiatów.
W kwiatach i nad kwiatami, w trawie i nad trawą porusza się i roi cały odrębny świat zwierzęcy. Czasem ujrzysz, jak trawa poczyna poruszać się szybko wązkim szlakiem, aż nagle ukaże się groźny łeb bizuna lub śliczna główka antylopy o wielkich smutnych oczach i promiennych rogach, a ukazawszy się na chwilę zniknie znowu, jakoby w topieli. Pod nogami smyrgają ustawicznie pieski ziemne, i małe szkódne skrzeczki, zwane tu goframi. Czasem gdzie trawa mniejsza, siądzie na tylnych łapach młody zajączek, wytrzeszczy oczy, nastawi uszy, i poruszywszy groźnie wąsami, chowa się, jak gdyby przekonany, że już dostatecznie przeraził wędrowca; nakoniec, od chwili do chwili usłyszysz złowrogie, suche kołatanie dzwonków grzechotnika, który wijąc groźnie ogonem, ucieka jednak coprędzéj, wiedząc, że gdziekolwiek człowiek go ujrzy, tam zabija go bez miłosierdzia.
Znajdują się miejsca na stepie, które można nawet widzieć i z pociągu, gdzie owe pieski ziemne pozakładały sobie całe obozowiska. Są to szeregi kopców, tuż przy sobie stojących, z otworami wiodącemi do dość obszernych jam pod ziemią. Między kopcami kręcą się ustawicznie mali ich mieszkańcy, to gryząc się, to swawoląc, to znosząc trawę lub korzonki. Niektóre siedzą na tylnych łapkach w samych otworach, i poważnie