Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I łzy zrosiły liście, powstające z ciała.
Dopóki usta głosu przepuszczały brzmienie,
Takiemi słowy swoje tłomaczy cierpienie;
»Jeżeli nieszczęśliwi mogą znaleźć wiarę,
Przysięgam, że niewinna tę odnoszę karę.
Jeśli zmyślam, niech stracę tę z liści zasłonę,
Niech suchą topór zetnie i niech w ogniu spłonę.
Lecz maleństwo z drzewnego oderwijcie wątku!
Niech pod mem drzewem mamka daje ssać dzieciątku.
Gdy będzie mogło mówić, niech matkę powita,
Niech powie: »Matka moja w tem drzewie ukryta«.
Lecz stawy niech omija, kwiatów niech nie zrywa,
Bo może w każdem drzewie bóstwo się ukrywa.
Mężu, ojcze! ostatnie uściski już bierzcie
I jeśliście łaskawi, liści moich strzeżcie
Równie od stad szczypania, jak od twardej kosy,
A że chylić się do was wzbroniły mi losy,
Raczcie wznieść się aż do mnie. Matka was zaklina,
Póki mogę całować, podajcie mi syna.
Więcej mówić mi trudno: zachodzi na szyję
Łubka miękka, już głowa w wierzchołku się kryje.
Powiek mi nie ściskajcie: bez waszej pomocy
Sama kora w wieczystej pogrąży mię nocy«.
Usta zamilkłszy, znikły, lecz po zmianie ciała
Długo Dryope w drzewie znak życia dawała.


XL. Orfeusz i Eurydyka.

W purpurowem odzieniu, powietrzem niesiony,
Śpieszył Hymen odległe odwiedzić Cykony.
Daremnie go Orfeusz wzywał na swe śluby.