Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jasna panienka umarła!
Płacz ogólny i narzekania rozległy się po jego słowach.
W sali jadalnej pani Idalja cuciła spazmującą Lucię, sama ze łzami w oczach, zgnębiona śmiercią Stefci. Pan Ksawery ocierał oczy. Klecz zagryzał wargi, przejęty nieszczęściem.
Księżna siedziała bez ruchu, niebywale blada, prawie zielona. Łzy wielkie spływały z jej oczu. Mówiła szeptem:
— Stefcia — umarła? — to dziecko? — ta słodka dziewczyna? — czy to mo...żebne. — Wieczny — odpoczynek — jej duszyczce.
Księżna nie dokończyła. Oparła się o fotel i załkała rzewnie.
Do sali niespodziewanie wszedł Trestka. Wystraszony, powiódł wzrokiem dokoła i rzekł kiwając głową:
— Już wiecie wszystko?
Poczem usiadł na pierwszem krześle, nie witając się z nikim.
Przerażenie zawisło w sali. Nawet nieme portrety na ścianach zdawały się mroczniejsze.
— Miał pan depeszę? — cicho spytał Brochwicz.
— Tak, od Rity. Otrzymałem przed dziesiątą. Spieszyłem, aż konie omal nie popadały. W drodze spotkałem Jura z Głębowicz. Już i tam wiedzą. Do nich telegrafował pan Maciej. Mają wieźć kwiaty. Jur przyjechał ze mną.
Księżna powstała, chwiejąc się na nogach. Brochwicz ją podtrzymał.
— Trzeba jechać — natychmiast — rzekła stanowczo — na ranny pociąg musimy zdążyć.
Energja brzmiała w jej głosie.
Księżna postąpiła naprzód. Zatrzymał ją w miejscu krzyk Luci:
— Nie chcieliście jej! — nie chcieliście Stefci i umarła! — zabiliście ją — Stefa! — moja Stefa!
Dziewczynka zaniosła się nowym wybuchem płaczu.
Na znak przestraszonej matki, Klecz wziął dziewczynkę na ręce i wyniósł z sali.
Księżna podniosła ręce do czoła.
— Co ona mówi? Zabiliśmy ją? — my? — Ach Boże!
Baronowa wyszła z księżną robić przygotowania do drogi. Nie myślała wstrzymywać jej. Sama również postanowiła jechać.
Teraz dopiero poczuła żal jakiś dławiący, żal za Stefcią; doznała wyrzutów sumienia za swą surowość dla zmarłej.
Brochwicz wezwał Jura.
Olbrzym wszedł do sali, zatrzymał się przy drzwiach, sztywny, wyprostowany, ale bardzo zgnębiony. Brochwicz dojrzał, że miał zapłakane oczy. Szepnął do Trestki:
— Jaką ona zjednała sobie miłość — nawet służby.
— Płakał jak bóbr, gdy się ze mną spotkał — odrzekł Trestka.
Brochwicz zwrócił się do strzelca:
— Dawno dowiedzieliście się o nieszczęściu?
— O dziewiątej, panie hrabio.
— Kto telegrafował?
— Jaśnie pan starszy do marszałka dworu. Każe przywieść bardzo dużo kwiatów — tylko białych. — Pogrzeb w środę.
— Pocóżeś przyjechał?
— Myśleliśmy, że jaśnie państwo jeszcze nie wiedzą, i pan marszałek nie jest pewny, jakie wieźć kwiaty: cięte czy w wazonach?