Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Suche źrenice Waldemara wypowiadały całą, rozpacz, ból druzgotał go z gilotynową siłą. Usunął dziadka i ciężko zwisnął na krześle. Schował twarz w dłoniach.
— Boże! Boże! Boże!
Jęk ten zdawał się zamykać w sobie wszystkie nędze i okrucieństwa życia.
Pan Maciej pozostał przy nim, panna Bita cicho wyszła, zatrzymując przerażonych strzałem rodziców Stefci.
Waldemar odczuwał straszliwie śmierć narzeczonej, przepaść widział przed sobą, ale, jak bez duszy, nie mógł płakać, nie mógł żalić się. Tylko w skroniach paliło mu ogniem, w sercu czuł mróz przejmujący, jakby cała rozpacz, cały ogrom żalu skrzepł się w lód w jego żyłach. Stan jego budził obawy.
Pan Maciej i doktór księżnej czuwali nad nim bez przerwy.
Panna Rita z pomocą jednego z obywateli okolicznych, przyjaciela rodziny Rudeckich, zajmowała się wszystkiem. Wysyłali telegramy z żałobną wieścią.
Pan Maciej, przeczuwając życzenia ordynata, telegrafował do Głębowicz po kwiaty, drugi telegram wysłał do córki. W porozumieniu z panem Rudeckim sam zajął się pogrzebem narzeczonej wnuka.
W Słodkowcach, w sobotę wieczorem, zebrani byli wszyscy w sali jadalnej: pani idalja, księżna Podhorecka, Lucia i Brochwicz, pan Ksawery i nawet rządca Klecz.
Złowróżbne obawy napełniały ich serca od czasu wezwania do Ruczajewa lekarza z Obronnego. Pan Maciej i Rita nie przysyłali żadnych wiadomości. Księżna przechodziła ciężkie chwile. Zamieszkała w Słodkowcach, w Obronnem nie mogła wytrzymać samotnie.
Niepewność ogarnęła wszystkich. Lucia chodziła jak nieżywa, tylko pani Idalja uspokajała księżnę, nie tracąc nadziei.
Wieczór minął szybko. Nastała noc jasna, pachnąca. Słowiki śpiewały w parku, od jeziora dochodziło głośne kwilenie rybitw. W sali jadalnej zgnębiony Brochwicz pootwierał okna i chodził od jednych do drugich niespokojny, milczący.
W pokoju kredensowym zebrana służba szeptała cicho, również trwożna i pełna obaw.
Zbliżała się północ, gdy do kredensu wszedł stróż nocny, prowadząc z sobą posłańca z poczty. Służba otoczyła go kołem. Jacenty bez słowa porwał telegram i pobiegł do sali jadalnej.
— Depesza! — krzyknął Brochwicz.
Drżącą ręką chwycił papier i rozerwał.
Pani Idalja, Lucia, pan Ksawery, Klecz powstali z miejsc. Księżna siedziała, jak przybita do fotelu.
Brochwicz przeczytał jednym tchem:

„Stefcia umarła dziś rano. Pogrzeb w środę. Waldemar niebezpieczny. Przyjeżdżajcie.

Maciej.“

— Boże miłosierny! — jęknął Brochwicz i telegram wypadł mu z ręki.
W głuchej ciszy niewypowiedzianej zgrozy nagle rozległ się spazmatyczny krzyk Luci. Przy drzwiach Jacenty załkał głośno i prędko wybiegł do kredensu; wśród zebranej, przestraszonej służby zawył jękliwie: