Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z szeszylami i w malutkim toczku, zgrabnie zdobiącym jej sobolowe włosy.
Gdy szwajcar z ukłonem otwierał drzwi, hrabianka stojąc na chodniku, zaśmiała się ironicznie, przykrym zdławionym śmiechem. Księżna i Stefcia, już w drzwiach odwróciły głowy. Wyzywająca postawa hrabianki, jej oczy, pełne złości, brzydkie skrzywienie ust, czyniły ją potworną. Była w tej chwili uosobieniem najwyższej nienawiści.
Stefci szalona przykrość sprawiła ból nieznośny. A księżna rzekła dość głośno:
— Imbécile!
I zaczęła uspokajać wzburzoną dziewczynę.
Księżna Krystyna Turyńska inaczej objawiała swój zawód miłosny. Usunięta zupełnie z życia towarzyskiego, nieznacznie starała się zobaczyć Stefcię. Ujrzawszy ją na koncercie w Filharmonji i drugi raz na spacerze w Łazienkach, księżna zastanowiła się.
— Nic dziwnego, że ona go zachwyciła — szepnęła do siebie z goryczą.
Długo potem stojąc przed zwierciadłem, porównywała swą wyzywającą piękność hetery z uroczą postacią młodej narzeczonej i odczuła własną porażkę.
Wpatrując się z blizka w fotografję Stefci, badając wyraz jej twarzy, głębinę oczu, księżna Krysta doszła do stanowczego wniosku:
— To nie przebiegła kokietka, to śliczna dusza dziewczęca. Kocha w nim Waldemara, nie ordynata na Głębowiczach.
I rzekłszy to sobie, przestała nienawidzieć Stefcię.
Żal za Michorowskim wybuchł w duszy księżnej z tragiczną siłą. Tłumiła go, rozumiejąc, że piękny romans, słabnący już od paru lat, musiał się skończyć. Dawne nadzieje poślubienia ordynata prędko zbladły. Księżna była zbyt inteligentną, aby się łudzić, ale wolała pozostać rozwódką, bez zmiany stosunków z ordynatem, niż żoną innego. Księżna nie pisała do Waldemara rozpaczliwych listów, tylko w jednym prosiła go, aby ją odwiedził. Ordynat nie zawahał się; pomimo wszystko cenił księżnę za jej odrębną etykę. W jego pojęciu stała nieskończenie wyżej od margrabiny Silva i kilku innych zagasłych ogni przeszłości. Odwiedziny jego u księżnej Krysty nie trwały długo. Ordynat zachował się względem niej z wytworną uprzejmością, rysując jednocześnie w delikatnych linjach swój obecny i już niezmienny dogmat. Księżna z przerażeniem spostrzegła, że Michorowski przeciął ostatnie nici. Zalana łzami, potrafiła jednak zręcznie zastosować się do konieczności. Ordynat nie lubił scen i księżna mu ich oszczędziła.
Pożegnali się jak ludzie światowi, przyjaźnie i grzecznie, bez wzmianki o tem, co było i bez życzeń na przyszłość. Księżna, ściskając dłonie ordynata, rzekła tylko:
— Porzuca pan małe stawki, a rozpoczyna — wielką grę. Wygrasz nąpewno! Ale co do mnie, chciałabym należeć do tych natur — najszczęśliwszych, na których przejście z tęczy do mgły nie robi wrażenia.
Ordynat pocałował ją w rękę.
— Niech pani nie zazdrości glinie, że robią z niej lalki.