Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czerwonym ze złotem prawie nie posiadała więcej sprzętów, zaledwo, parę koniecznych. Wielka, niezmiernie bogata ampla z ponsowego kryształu, oprawna w obfite bronzy, dopełniała wrażenia dziwnego majestatu. Stąpało się cicho po miękkim jak puch dywanie. Ciężkie zasłony w oknach z karmazynowego aksamitu, na które rzucono kremowe koronki, utrzymywały półmrok i surowość, główną cechę tej komnaty wyniosłej, dumnej w swej powadze, jak stare portrety, lub manuskrypty na pergaminach.
Księżna weszła ze Stefcią, stanęła na środku i, ściskając rękę dziewczyny, rzekła półszeptem:
— Jesteśmy w sypialni zamkowej. Tu porodzili się wszyscy Michorowscy i twój narzeczony, dzisiejszy ordynat.
Stefcię przebiegł lekki dreszcz.
Księżna szeptała dalej:
— Wielka, wielka historja tej komnaty! Dużoby te ściany powiedziały, gdyby umiały mówić. Wiele tu szemrało westchnień serdecznych a smutnych, wiele kwiliło wesołych głosów niemowlęcych, które świat potem przytłumił, zdusił. Bóg zliczy łzy wsiąkłe w te złotogłowia. Dużo tu było dramatów, rozpaczy — tylko szczęścia niewiele. Waldemar miał słuszność: szczęścia nie było.
Księżna postąpiła parę kroków i znowu stanęła, kiwając żałobnie głową, jak nad pomnikiem.
— Smutna kronika rodzinna — mówiła cicho — tragiczna komnata, chociaż nikt w niej nie umarł, każdego przed śmiercią wygnało coś z tych murów. Dziwny traf! I Maciej dobrowolnie porzucił te kąty. Jego żona zmarła zagranicą, moja Elżunia również, a zięć Janusz nagle w Biało-Czerkasach. W tej komnacie witają świat, więc powinna być weselsza, a jest smutna. Dobra analogja przyszłego życia.
Księżna chwyciła Stefcię za rękę.
— Nie powinnam ci tego mówić, dziecko: straszę ciebie. A może to wy właśnie wniesiecie inny duch, może wasze szczęście roztopi tragizm, tu panujący? Daj Boże! Po łzach niechby nastąpił uśmiech.
Staruszka poszła wolno do drzwi, szepcąc do siebie:
— Ile tu łez! ile łez: i mojej Elżuni także.
Stefcia niemal przerażona, obrzuciła wzrokiem całą komnatę i z dygotem wewnętrznym wyszła za księżną. Minęły obszerną ubieralnię, łazienkę błyszczącą marmurami, i w pokoju toaletowym, pełnym szaf, księżna otworzyła kluczykiem, zawieszonym u niej na łańcuszku, drzwiczki, ukryte we wgłębieniu muru. Znalazły się w małym pokoiku, oszalowanym dębowemi deskami. Ogromne okute kufry stały na tęgiej dębowej podłodze, nawet sufit był dębowy. Pokoik robił wrażenie skrzyni. Dwa okna małe i wązkie, zakratowane, prawie nie przepuszczały światła. Księżna nacisnęła guzik elektryczny. Dwie kule u sufitu rozbłysły jaskrawo. Wówczas staruszka poszła do małej, żelaznej szafki, wbitej w ścianę, otworzyła ją zapomocą sprężyn i zaczęła wyjmować na stół rozmaite większe i mniejsze pudełka: z safianów i aksamitów. Stefcia patrzała na to zdumiona.
— Chcę ci, dziecko, pokazać rodzinne precjoza Michorowskich — rzekła księżna — Waldy mi powierzył opiekę nad niemi z chwilą, gdy