Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dewizki złoty medaljon, ozdobiony brylancikami i rubinami i podając go dziadkowi, nacisnął sprężynę. Wewnątrz w złotej obrączce uśmiechnęła się miniaturowa, śliczna twarzyczka Stefci, artystycznie odkolorowana, w skromnej sukience, w kolorach i z grubym warkoczem, zwieszonym przez ramię. Jej oczy, choć tak zmniejszone, spojrzały na pana Macieja z wyrazem nieopisanej słodyczy, rozmarzenia i tęsknoty. Usta drobne, uśmiechnięte figlarnie, miały w sobie niezgłębiony, jej właściwy czar. Z pochylenia głowy wiał wdzięk, zdobiący ją zawsze.
Pan Maciej popatrzał i drgnął. On przedewszystkiem ujrzał w jej twarzy podobieństwo do miniatury Korwiczówny, którą czcił jak relikwję. Oczy Stefci wydały mu się błągające. Dziewczyna uśmiechem i tęsknotą wejrzenia prosiła go, aby nie bronił jej szczęścia z Waldemarem, aby jej nie zabijał odmową. Stanęła mu jak żywa przed oczyma, kiedy klęczała przy jego kolanach po powrocie z pogrzebu babki. Płakała wówczas i tuliła się do jego ręki serdecznie z ufnością dziecka.
Pan Maciej uczuł zimny pot na ciele, coś zatargało sumieniem.
— I ty ją chcesz zabić?... za co? — wołał jakiś głos wewnętrzny.
Z pod obwisłych brwi spojrzał na wnuka. Waldemar pochylony, wsparty na dłoni, patrzał na portrecik Stefci z wyrazem niewysłowionego szczęścia w twarzy, obejmował ją gorącem spojrzeniem, pieścił oczyma.
I znowu jakiś głuchy głos zawołał w duszy starca:
— Ty chcesz zabronić mu szczęścia? Jakiem prawem?
Zamknął oczy i odpowiedział sobie z goryczą:
— Nie wzbronisz, bo on cię nie usłucha.
— Skąd ty ją masz? — zwrócił się do Waldemara.
— Zmniejszyli mi ją z fotografji, robionej w Głębowiczach. Noszę ją od tamtej pory.
— Śliczna dziewczyna! — szepnął staruszek.
— Ty ją kochasz, dziadziu, przez pamięć dla tamtej; pokochaj dla niej samej, jak swoją wnuczkę, a moją żonę. Ona, dziadziu, da mi szczęście, jakiego dla mnie pragnęłeś.
Pan Maciej bardzo był poruszony.
Waldemar nie nalegał więcej. Zrozumiał, że starzec powinien się uspokoić i przełamać. Dał mu czas na to, będąc już pewnym wygranej.
Kilka dni przeszło. Waldemar nie pokazywał się. Pan Maciej wiedział, że był w Obronnem i że księżna odmówiła błogosławieństwa. Starzec przebywał straszną rozterkę duchową. Milczenie ordynata drażniło go. Z córką nie widywał się prawie, bo jej głośne oburzenie na „idjotyzm Waldemara“ gniewało go. Sam nie chciał Stefci dla wnuka, ale zaprzeczenia innych męczyły go niesłychanie.
Lucia przechodziła różne wrażenia. I ona uważała Stefcię za nieodpowiednią do ich sfery. Nie mogła wierzyć, aby ta jej Stefa, jej przyjaciółka, miała zostać ordynatową Michorowską, miljonerką, magnatką, większą panią od jej matki. Lucia w listach do Stefci pomijała tę sprawę, jakby nie wiedząc o niczem. Ale żałowała Stefci, całą złość zwracając na Waldemara, jako bezpośrednią przyczynę jej wyjazdu ze Słodkowic. Wszyscy, każdy po swojemu, potępiali ordynata.