Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XIII.

Kilka dni minęło w strapieniu i niepewności. Posłańcy krążyli nieustannie pomiędzy Słodkowcami, Obronnem i Głębowiczami. Księżna prowadziła układy z Waldemarem listownie.
Nareszcie pan Maciej i baronowa otrzymali listy od księcia Franciszka Podhoreckiego, zapraszające na zjazd familijny do Obronnego w sprawie ordynata.
Wszyscy zebrali się w salonie, obok gabinetu księżnej, czekano tylko na Waldemara. Księżna w głębokim fotelu niespokojna, mnąc chusteczkę w ręku, z trwogą spoglądała na zrezygnowaną twarz pana Macieja. Książe Franciszek i hrabia Morykoni, zięć księżnej z drugiej córki, spacerowali, rozmawiając cicho. Pani Idalja z hrabiną spoglądały w okno. Księżna Franciszkowa i panna Rita miały zagadkowe miny.
Księżna Franciszkowa mówiła szeptem:
— Wszystko to robi na mnie wrażenie szopki, zupełnie zbytecznej. Jeśli sądzą, że przestraszą ordynata, czeka ich zawód.
— Ja natychmiast odejdę, skoro tylko przyjedzie — odpowiedziała panna Rita. — Nie mogłabym spokojnie słuchać.
— Owszem, to będzie ciekawe. Oni myślą zaimponować ordynatowi, lecz stanie się przeciwnie. Przykro mi tylko, że Franio tak wyraźnie akcentuje swoje contra w tej mało szlachetnej awanturze.
— Więc książę jest aż tak przeciwny małżeństwu ordynata? Dlaczego głównie?
— Prawdopodobnie idzie w ślady matki, dla tradycji. Dziwię się i mamie, nie posądzałam jej o tyle fanatyzmu.
— Bo to się najczęściej uwydatnia w takich właśnie faktach.
Księżna wskazała oczyma panią Elzonowską.
— Albo Idalka! Ona mnie oburza. Agituje przeciw Rudeckiej najgorliwiej.
Panna Szeliżanka skrzywiła usta lekceważąco.
— Ech! Idalka! Jej głównie żal Barskiej, dla której ma niezrozumiałą sympatję. A może liczyła na jakiś piękny cadeau za wyswatanie. To do niej podobne.
— Jedzie! — zawołała od okna pani Morykoniowa.
W salonie zrobiło się trochę ruchu.
Panowie wyprostowali figury, jak przed walką, paniom na twarze wystąpiły rumieńce. Tylko starsza księżna mocniej zbladła, a pan Maciej westchnął głęboko.
Rita wysunęła się z salonu do przyległego gabinetu.
Waldemar wszedł prędkim, elastycznym krokiem. Szybkie spojrzenie rzucił na zebraną grupę osób i w oczach jego błysnął śmiech, usta przybrały ironiczny, przykry wyraz.
Powitanie odbyło się z zachowaniem wszelkich przepisów etykiety, ale pan Maciej ucałował wnuka jak zawsze serdecznie, a księżna Franciszkowa mocno uścisnęła jego rękę z wymownem spojrzeniem.
Ordynat rozejrzał się po sali.
— Widzę, że jestem ostatnim. Już chyba nikogo nie brakuje?
— Tak, spóźniłeś się — rzekła księżna.
Waldemar ściągnął brwi.
— Przepraszam — odrzekł sucho, siadając na bocznym fotelu.