Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— On nie, ale to każdy zrozumiał wówczas w Głębowiczach. Łapała go do obrzydliwości, kokietowała, a potem chodziła, jak struta. Szłyszałam raz, jak Trestka mówił do Rity: „W Barską strzelił ordynacki piorun.“ Aha! do czegóżby się to stosowało więc?
Stefcia uśmiechnęła się.
— Hrabiego Trestkę poznałabym tylko po jego dowcipach.
— Lubisz go?
— Owszem, bardzo, chociaż mi czasem dokuczał.
— I on ciebie lubi. Przyjeżdżał odwiedzać dziadzia. Pytał się o ciebie, kiedy wracasz, nawet, jak na niego, bardzo serdecznie. Ale go teraz niema w domu. Pojechał do Berlina. Mówił, że po zaręczynowy pierścionek.
— Doprawdy?
— Ale co znowu! Rita go nie chce. Może wtedy za niego wyjdzie, jak się Waldy ożeni. A że to prędko nie nastąpi...
— Dlaczego?
— Bo on nie łatwo znajdzie sobie żonę, choć każda chętnieby nią została. A szczególnie teraz Waldy...
Lucia słodkim, cichym ruchem przygarnęła się do Stefci i rzekła niespodziewanie:
— Stefa, bądź ze mną szczerą, ja cię tak kocham — bądź szczerą.
— Czego chcesz, Luciu? — spytała Stefcia łagodnie.
— Powiedz — ty wiesz, że Waldy się w tobie kocha?
— Luciu, na Boga! nie mów tego nigdy! daj mi słowo, że podobnych rzeczy nie będziesz mówiła.
— Nikomu więcej, ale tobie. Zresztą dużo osób o tem wie. Podobasz mu się bardzo od dawna i kocha cię. A ty, Stefa?... To niemożliwe, żebyś była obojętną! Kochasz go również — prawda?
Stefcia zrozumiała, że jej tajemnica zastała odgadniętą, że Lucia pyta umyślnie, ale wie wszystko. Co począć? Dusiły ją łzy, dusił żal do Luci i do siebie samej. Milczała, wiedząc, że tem potwierdza prawdę.
Nagle zabrzęczały bronzy uprzęży, zaskrzypiał śnieg, zaparskały konie i zrównał się z ich saneczkami strojny zaprzęg panny Rity. Stangret wstrzymał rozpędzone konie.
Stefcia ściągnęła lejce kuców z wielką wewnętrzną radością. Pannę Szeliżankę uważała w tej chwili za swą wybawicielkę.
— Jak się macie? jak się macie? — wołała Rita, wychylona ze sanek, podając rękę Stefci i Luci. — Jadę właśnie do Słodkowic. Dobrze, że was spotkałam. Naturalnie wracamy razem, bo ja mam dość spaceru.
— Myślałyśmy, że pani w Głębowiczach.
— Miałam tam być z ciocią, ale przyjechali Franiostwo Podhoreccy i oni mnie zastąpią.
— Waldy będzie zmartwiony — rzekła Lucia.
Panna Rita zmarszczyła brwi.
— Obejdzie się! — odparła z irytacją.
Stefcia potrząsnęła lejcami.
— Więc wracamy. Pani nas wyprzedza, bo nasze kuce nie wygrają wyścigu z jej końmi.
— Ja mam inny projekt: wy obie siadajcie ze mną, a waszego pająka odprowadzi Karol.