Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze, czy cierpi nad zerwaniem? — to pytanie poniosę do grobu. Ugniótł mnie, zdruzgotał, strącił z wyżyn szczęścia. Kilka nielitościwych słów wystarczyło do zabicia duszy, żyjącej dla niego, i serca, które sam obudził. Przeklęty świat! przeklęta sfera! ona mi go zabrała! Nie! bo on jest z niej, on wśród niej żyje. To tylko przeklęty los! Kocham go, nienawidząc, kocham — pogardzając! Jak mi ciemno, jak głucho, jak bezgranicznie głucho! Znikąd światła! nie, nic!“
Pismo kończyło się. Kilka kartek niezapisanych, pustych, jak dusza, co w nich zamarła. Na ostatnich stronnicach Stefcia czytała ze ściśniętem sercem:
„...Ożenił się w Paryżu... z księżniczką de Bourbon, córką znakomitego rodu, spokrewnionego z królami. Gazety roznoszą ich podobizny: piękni oboje; nie wyglądają jednak na szczęśliwych, ale to tylko może moje oczy tak coś ćmi. Pobrali się i będą szczęśliwi... A ja? a ja?... Wobec księżniczki de Bourbon cóż znaczę? Nic dla niego, nic dla świata. Złamane mam serce, złamaną duszę, ale wobec mitry książęcej i to nie znaczy nic. Dwie korony, świetne, błyszczące i ja — z krwawą raną. Ach! jakaż nędza!...“
Długa przerwa, potem kilka gorzkich słów i znowu ślady łez.
„...Taka wielkość... i taka podłość! Jak on mógł tak postąpić? I dlaczego ręczył? Czyż i on rozczarował się, czy wierzył w nasze połączenie? Och! on wierzył! Niepodobna, aby był tak niesłychanie obłudnym. On szlachetny, tylko słaby, a ta sfera to potęga, tytaniczna siła... porwała go, chwycił go prąd bez ratunku. Gdyby już nie pisał, nie odsyłał pierścionka... Ale taki lód w jego słowach! O Boże!
„Przyjechał z Głębowicz jakiś urzędnik, podobno sekretarz. Sprzedaje Wołokszę, jego majątek w naszem sąsiedztwie. Pewno! już mu teraz niepotrzebny. Wołoksza. Wołoksza!... jakie to dla mnie było drogie imię. Stracone wszystko! pustka, pustka... zabijający okropna! i czarne robactwo rozpaczy. Mrowie... mrowie... robactwa!
„Taka ironja! Kochałam świat, teraz go nienawidzę. Napoił mnie goryczą. To już moja Golgota.
A żyć trzeba. Nie dano mi umrzeć: odratowali mnie, wydarli truciznę z mego organizmu. Rozpacz! rozpacz! Nasz kapelan mówi mi wiele o Bogu, obowiązkach względem Niego. Czy to ratunek?...
Znowu przerwa — poczem kilka słów:
„Ojciec mój miał atak sercowy. Maciej i jego zabił. Jestem jedynaczką, kocha mnie bardzo i cierpi, strasznie cierpi.“
Szereg czystych kart, na ostatniej zakończenie:
„...Rok po śmierci ojca... Wychodzę za mąż. Musiałam to przysiądz umierającemu ojcu, spełniam ostatnią jego wolę. Wychodzę za człowieka, którego mi sam wybrał, i na łożu śmierci, w ostatniej chwili złączył nam ręce, kazał przysięgać. I już jutro mój ślub. Mój ślub! czy to możliwe? Boże, jaka męka! Tak się kończy na świecie wszystko, na tym okrutnym, kłamliwym świecie. Rana moja nie zagojona i pozostanie otwartą. Powiedziałam Rembowskiemu wszystko, jednak zgodził się wziąść mnie za żonę.
„Podziwiam jego odwagę! On mnie kocha... Gdyby było inaczej, gdyby nie kochał, wobec mego wyznania, mógłby mnie rozwiąząć z przysięgi. Znalazłabym spokój może za kratą! Ale ja się nie boję