Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Barski popatrzał na nich z pod oka.
— Porwanie Sabinki! — rzekł ironicznie. — Brochwicz zapomina, że i u nas są jeszcze damy.
Zaniecki uśmiechnął się.
— Panie hrabio, prędzej porwanie sióstr sjamskich, bo one zawsze jak przyszyte do siebie.
Barski nie lubił, gdy mu kto psuł dowcip. Spojrzał z góry na Zanieckiego i rzekł kwaśno:
— No dobrze, idź pan na stanowisko. Moja córka czeka.
Wszyscy powsiadali na bryczki i wolanty, aby podjechać do dalszych knieji.
Niektóre panie i panna Rita polowały również. Ale nowy zakład w towarzystwie pań nie bardzo się powiódł.
Stefcia, Lucia i Brochwicz stali obok ordynata i nie krępowali się w rozmowie, nawet śmiech hrabiny Wizembrgowej zadźwięczał czasem. Cała linja brzmiała echem rozmów. Strzały częściej szły w powietrze, niż w zwierzynę, jednak ilość zabitej przedstawiała się nieźle. W jednym zakładzie nagonka ruszyła stado dzików. Z rechotem i głośnym tętentem racic waliły wprost na strzelców. Strzelanina nie ustawała, lecz myśliwi gorączkowali się, pudłując często. Na księcia Zanieckiego wyszedł olbrzymi odyniec. Kłusował ostro i przewalał na dwie strony czarne, nasiąknięte żywicą cielsko. Z pod rozsuniętych wściekłością warg zwierzęcia błyskały potężne kły. Książę nie stracił głowy, wymierzył spokojnie i wypalił. Kula drasnęła dzika w grzbiet, nie robiąc mu krzywdy. Rozjątrzony potwór sapnął i ruszył obcesem naprzód. Dano do niego jeszcze dwa strzały. Kula księcia Giersztorfa zraniła odyńca w nogę. Barski przestrzelił ucho. Rozjuszony do szaleństwa zwierz, tocząc pianę, rozejrzał się krwawemi ślepiami i ruszył wprost na Stefcię. Rwał na nią ciężkim galopem, sapiąc przeraźliwie i świszcząc nozdrzami.
Stefcia zdrętwiała z przerażenia, zbladła, lecz, nie tracąc przytomności, zasłoniła sobą Lucię i cofnęła się wstecz. Powstała straszna panika wśród strzelców. Brochwicz przerażony, krzyknął na Stefcię, aby uciekała, i sam zakręcił się, jakby do ucieczki. Michorowski stał blady, groźny, lecz spokojny.
W ostatniej chwili, kiedy myśliwi osłupieli ze zgrozy na widok rozjuszonego odyńca, rzucającego się na Stefcię, nagle Waldemar przypadł do niej, błyskawicznie cofnął ja za sosnę i, przyskoczywszy do dzika, szalonym rzutem ramienia wpakował kordelas aż po rękojeść w samo serce zwierza. Ugodzony śmiertelnie dzik runął na trawę, czarna krew tryskała, cielsko drgnęło w kurczu śmierci i zwierzę znieruchomiało.
Waldemar, trzymając skrwawiony kordelas, przeciągnął ręką po mokrem, bladem czole. W oczach miał grozę, usta zacięte. Spojrzał na martwego dzika i prędko podszedł do Stefci. Ona, ochłonąwszy, wysunęła się do niego z Lucią, bardzo blada, lecz z ogniem w łzawych oczach. Waldemar rzucił kordelas i porwał jej ręce. Wpił w nią przerażone oczy i spytał zdławionym głosem:
— Bardzo się pani zlękła?... Boże! co za wypadek!
Gorąco uścisnęła mu dłonie.
— Dziękuję panu... ocalił mi pan życie z narażeniem siebie... Tego... nie zapomnę...
— Miałem straszną chwilę!... Nie, mówmy już o tem.